Otwieram oczy i rozglądam się po sypialni. Przy łóżku niezmiennie stoi Celina, pod parapetem smętnie pomieszkuje Zuza (chwilowo bez tylnego koła, ale wkrótce wracam na rower szosowy!) a nad moją głową wisi wielki plakat z Michaelem Jordanem z rozpostartymi ramionami. Na nim wypisane moje ulubione słowa koszykarza wszechczasów „I’ve failed over and over and over again in my life. And that is why I succeed”.

Tak, wygrałem. A właściwie to nie: wygraliśMY. Jeszcze dla pewności, że to ta właściwa rzeczywistość, sprawdzam w telefonie. Dziesiątki wiadomości z gratulacjami, setki miłych komentarzy i wyniki: siódme miejsce w Biegu Rzeźnika, dla mnie to zwycięstwo. Prawie 83 km po górach w 9,5 godziny. To już trzeci poranek od zakończenia biegu i wciąż tak jest. To nie zakrzywienie Matriksa, to rzeczywistość.

Siódme miejsce w Biegu Rzeźnika. Tym Biegu Rzeźnika, gdzie trzeba przebiec prawie 83 kilometry, pokonując 3750 m w górę (to tak, jakby trzy i pół razy podejść z Morskiego Oka na Rysy). Ale nie to jest najtrudniejsze w tych zawodach. Są w Polsce i na świecie bowiem biegi dłuższe i z większymi przewyższeniami. Tutaj trudność polega na tym, że biegnie się w parach i należy pokonać całą trasę razem. Stąd nie ja wygrałem, a my wygraliśMY.

#BelaiKrasus

Bieg Rzeźnika weryfikuje wiele znajomości i pokazuje, że dobór partnera jest najważniejszy. Rok temu (relacja kliku-kliku) biegłem ze wspaniałą BO (jej relacja kliku-kliku) i była to dla mnie piękna przygoda. Tym razem na starcie w Komańczy stanąłem u boku Beli Belowskiego, znanego niektórym jako Miszcz Polski Lavaredo. To nie w kij dmuchał partner. Jak sama nazwa wskazuje, był najszybszym Polakiem w ubiegłorocznym Lavaredo Ultra Trail, ma doświadczenie w górach i, choć człowiekiem jest skromnym, trzeba to powiedzieć wyraźnie: świetny z niego biegacz. Na płaskim biegamy podobnie (BB ma odrobinę lepsze życiówki na każdym dystansie, ale to naprawdę niewielka różnica), lecz góry to góry. BB lepiej zbiega, ja jestem mocniejszy pod górę. Znamy się i uzupełniamy, przebiegliśmy razem setki kilometrów i wypiliśmy niejedną nalewkę.

„Co miało zagrać, zagrało. Co mogło się schrzanić, nie schrzaniło się”
Bela Belowski

Wzajemnie się stopowaliśmy, gdy było za szybko w pierwszej części trasy, potem czasami też, choć wtedy wynikało to już ze zmęczenia, a nie z faktu przekraczania założonej intensywności. Wystraszył mnie głos z tyłu „Nie przyśpieszaj, bo zabijasz moją psychikę”, ale innym razem to ja błagałem o zwolnienie choćby na chwilę. Bo kryzysy mieliśmy obaj. Gdzieś w okolicy 50. lub 60. kilometra leśną ścieżkę przecięło nam zwalone drzewo. Przy przechodzeniu przez nie po prostu klapnąłem dupskiem i usiadłem ze zmęczenia. „Nie mogę, muszę kilka sekund odpocząć” – wyszeptałem niemal bezgłośnie. Usłyszał. Stanął. Poczekał. I pobiegliśmy dalej. „Nie zostawiaj mnie, nie dam rady tak szybko” – wypłakałem na jednym ze zbiegów godzinę później. Zwolnił. Zaczekał. I pobiegliśmy dalej.

Nie sztuką jest zajechać partnera na Rzeźniku. Sztuką jest podnieść go, gdy ma kryzys, i razem napierać dalej. Stworzyliśmy świetnie zgraną i dopasowaną drużynę. Były podśmiechujki na pierwszych kilometrach, które biegliśmy na pełnym luzie, był wspólny flow, gdy kapitalnie nam się biegło na kolejnych odcinkach, było wspieranie się w kryzysach i – co kluczowe – było komunikowanie problemów. Nie ma dobrej współpracy, gdy druga strona nie mówi, że coś jest nie tak. Raz tylko się nie posłuchałem.

Ofiaruję mojej dziewczynie
Rodzynki, krewetki, mandarynki
Palcami obejmę jej skronie, gdy na stole płonie węgierski puchar
Duży w polewie czekoladowej, w nim orzechy mrożone

– Nie śpiewaj, nie trać energii.
– Ale mi to pomaga.
– OK.

#chłopakipłaczą

Płakałem, no jasne, że płakałem! Obaj płakaliśmy, acz chyba ani razu w tym samym czasie. W przeciwieństwie do Rzeźnika 2015, płakałem na zbiegach. Choć wiele par wyprzedzaliśmy właśnie na odcinkach prowadzących w dół, to moja technika zbiegów nadal woła o pomstę do nieba. Zbiegam dość siłowo, co powoduje coraz większe zmęczenie mięśni. Po 50 kilometrach już cierpiałem, a płacz pozwala oderwać myśli od bólu i zmęczenia.

Wbiegliśmy na polanę i przed oczami pojawiła mi się relacja Błażeja (kliku-kliku) z Beskidzkiego Topora, którą czytałem rano jako motywację przed biegiem. Odtworzyłem ją akapit po akapicie aż do chwili, gdy Błażko wbiega na beskidzką polanę, na której wypoczywaliśmy z dziewczynami podczas kwietniowego rekonesansu w Beskidach. Poczułem zieloną trawę, na której leżymy, i usłyszałem nasze śmiechy z Szosy, który położył się na stoku i zaordynował „Róbcie mi zdjęcia na nowe profilowe”. Zapłakałem cicho.

A gdy dotarło do mnie, że jesteśmy ledwie za połową trasy, a właśnie wdarliśmy się do pierwszej dziesiątki tak prestiżowego biegu, przypomniała mi się inna relacja czytana tego ranka. Tym razem od Ali, która w Toporze była druga (kliku-kliku). I poczułem się odrobinę jak Ala ze wstępu tego posta. Że przecież gdzie ja tutaj? W czołówce TAKIEGO ultra? Ten pajac w różowym? Zapłakałem cicho.

I potem jeszcze z raz lub dwa, gdy od kilku już godzin obaj jęczeliśmy przy każdym oddechu. Raz na zmianę w stylu „Hyyyy – haaaaa – hyyyy – haaaa”, a na innej górce synchronicznie „Hyayayaya – hyayayaya – hyayayaya – hyayaya”. Za którymś razem ten jęk przerodził się po prostu w płacz, choć nie tak donośny jak podczas wspinania się na Połoninę Caryńską rok temu. Łzy pozwalają uwolnić się trochę od wysiłku, zapomnieć o nim i przeć dalej.

#wszystkosiedziwgłowie

I parliśmy. Kolejne spotykane na trasie osoby potwierdzały, że jesteśmy na siódmym miejscu, a ja tylko łapałem się z niedowierzaniem za głowę. „Tylko teraz tego nie spierdolmy” – zarządził Bela na jednym ze szczytów. Fakt, po 65 kilometrach coraz trudniej jest utrzymać koncentrację. Jeszcze większą uwagę zaczęliśmy więc przykładać do tego, jak stawiamy stopy. Skręcenie kostki lub porządny atak skurczy (w razie czego mieliśmy agrafkę – choć nigdy tego nie robiłem, to mądrzy mówią, że wbicie jej w mięsień czyni cuda) zepsułyby wszystko. Przez cały bieg żaden z nas się nie przewrócił ani nie zrobił sobie krzywdy. Kilka razy się potykaliśmy o Korzeń Kargola, ale zawsze udawało się uratować. Już następnego dnia po naszym chodzie ledwie było widać, że coś biegaliśmy.

Walcząc z kolejnym kryzysem gdzieś przed 70. kilometrem przypomniałem sobie, że Błażko odrodził się na Toporze na kilkanaście kilometrów przed metą. Postanowiłem więc zrobić to samo, tym bardziej że kryzys atakował mi partnera. I… po prostu zrobiłem to. Pamiętajcie, że wszystko jest w głowie i odpowiednie jej ustawienie potrafi wiele zmienić. Przejąłem narzucanie tempa nie tylko pod górkę, ale też na płaskim i w dół. Mimo bólu w udach, zbiegałem dość sprawnie, choć już nie tak jak na pierwszych 40 kilometrach (hehehe, nieźle to brzmi, te pierwsze 40 km, co?).

#żyjzcałychsił

To był piękny bieg. Oczywiście, bez tak spektakularnych widoków jak ten z połoninami, bez czasu na to, by podziwiać to, co w Bieszczadach piękne, ale naprawdę było kilka momentów zapierających dech w piersiach. „O tak, za to kocham ultra” – wydyszał Bela gdzieś na 15. lub 20. kilometrze, gdy biegliśmy zboczem, a po prawej stronie, z rowów, dołków i innych zagłębień stoku wychodziła powoli mgła, mówiąc nam „Cześć, Ziomy!”. Poranek w Biegu Rzeźnika ma w sobie coś magicznego. Biegliśmy sami, to był początek biegu, czuliśmy pełen luz w nogach, mogliśmy ładować się tą magią po sam korek.

Później też były momenty fantastycznego biegowego flow. Niektóre płaskie single tracki, albo z górki lekko, nawet w drugiej części trasy. Długi lekki krok, tempo na zegarku poniżej 4:30 na kilometr, radość w sercu i kapitalne terraclawy, które pozwalały mi doskonale czuć bieszczadzkie podłoże. O tak, było pięknie. Czysta radość z biegania po górach. Za to kocham ultra.

#smashingpĄpkinsforever / #NBRteam

Jednak najbardziej magicznym momentem były dla nas przepaki. Podeszliśmy do sprawy jak zawodowcy. Mieliśmy swoich ludzi z NBR Teamu / Smashing Pąpkins, którzy wstali o świcie (lub chwilę przed nim) tylko po to, by dotrzeć w odpowiednie miejsce w odpowiednim czasie, podać nam przygotowane dzień wcześniej plecaki, przybić piątkę i… pojechać dalej, w kolejne miejsce, gdzie widzieli nas znów ledwie przez chwilę. BO, Kris, JoeY, Zosia, Ada, Marta oraz reszta kibiców, którzy nas dopingowali, dzięki!

Ten moment, gdy wbiegamy do Cisnej, w tumulcie i krzyku (helou, jest piątek, 6:20 rano!) zgromadzonych kibiców jest po prostu nie-do-o-pi-sa-nia! Rok temu miałem tak samo, w kilkanaście sekund poziom naładowania akumulatorów rośnie w nieskończoność. To właśnie w Cisnej osiągnąłem szczyt tętna w tegorocznym Biegu Rzeźnika. Damian z Mateuszem podpowiadający, jaką mamy stratę do drużyn przed nami, Dori z ekipą stojąca na poboczu, zupełnie anonimowi kibice krzyczący „Bela i Krasus, ciśniecie, świetnie Wam idzie!” i oni – BOscy, którzy przyjechali w Bieszczady tylko po to, by nas wspierać, a zamiast pospać do 8, już przed 6 rano zameldowali się w Cisnej. To naprawdę wzruszające chwile. Nie inaczej wyglądało to w Smereku, dokąd w ogóle trzeba było kilka kilometrów dojść, bo samochodem nie da się wjechać. I znów masa ludzi i Dżołi z dziewczynami czekający na nas z plecakami i… talerzem, na którym wyłożone były czekolada, agrafka, ogórki kiszone, daktyle i kanapka z serem. Po wybiegnięciu z tego punktu obaj mieliśmy łzy w oczach.

Uwielbiam koleżeńsko-przyjacielski zwyczaj wysyłania sobie przed najważniejszym startem wiadomości zagrzewających do walki. Tym razem też były, niektóre nawet wysłane w środku nocy. W jednej z nich autorka napisała tak: „Pamiętaj, że tak jak piłkarska reprezentacja ma dwunastego zawodnika, tak i Wy swojego macie, i to nie jednego :)”. Gdyby zliczyć znajomych, którzy kibicowali nam na trasie, tych anonimowych, dla których my nie byliśmy anonimowi (sława, a co!), oraz tych, co spędzili pół dnia przed komputerami, śledząc jak Borza Bożenka zabawia się moim fanpejdżem, byłby nie dwunasty zawodnik, tylko cały pułk wojska. Dzięki ludzie, You rock!

No i meta. Jedne z najpiękniejszych sekund w moim życiu. W tłumie masa bliskich nam osób, szpaler różu i najserdeczniejszy na świecie uścisk wzruszonej Oli (przecież nie pachnieliśmy fiołkami, kto chciałby nas przytulać?!). Nie było nikogo przed ani za nami, mogliśmy więc przetruchtać ostatnie 100 metrów, a linię mety po prostu przeszliśmy spokojnym krokiem. Chcieliśmy celebrować tę chwilę jak najdłużej. Minutę później siedziałem w rowie i ryczałem jak bóbr, bo wszystkie emocje puściły.

Bela, dziękuję raz jeszcze. To był dla mnie zaszczyt, fajny jesteś:)

Główne zdjęcie na górze Piotr Dymus.

PS, wciąż prowadzę maratońską zbiórkę dla Amnesty International. Jeśli podobał Ci się ten tekst, to może wpłacisz piątaka? KLIKU-KLIKU.

A o tym, co jedliśmy, piliśmy i jak to się stało, że na punktach kontrolnych spędziliśmy łącznie zaledwie 56 sekund oraz jak przygotowaliśmy taktykę na Rzeźnika przeczytacie w drugiej części, bardziej techniczno-poradnikowej niż ckliwe emocje tutaj.

 

19 KOMENTARZY

  1. Ja tu pierwszy raz z komentarzem, ale bloga czytam nałogowo. Bo mądrego to i warto poczytać ;) Mieszkam w Rzeszowie i nawet znam BO:) Bo kto biega w Rzeszowie ten zna BO. To oczywiste. Biegam, pomagam (www.runrzeszow.pl, http://www.ultramaratonpodkarpacki.pl) i kocham Bieszczady. Śledziłem wyniki Rzeźnika i ponieważ czytam biecdalej to pomyślałem że pogratuluję. Niniejszym więc GRATULUJĘ i pozdrawiam! Aha, podobał mi się tekst to wpłacam…Wyjątkowo nie po swoim biegu.

  2. No i się popłakałam. Piękny bieg, fantastyczna relacja i mega sukces Waszego Teamu!!! To był zaszczyt być mikroczęścią tego projektu :)

  3. Krasus, hejt ju;) siedzę w biurze zryczana jak boberek i modlę się żeby nikt nie przylazł teraz nic załatwiać:)
    Wielkie moje gratulacje! Piękny bieg, śledziłam na FB i to wspaniałe, niezapomniane emocje! No a teraz już emocje z milionową siłą; piękna, wzruszająca relacja! <3

  4. No i zasmarkałam kompa… Jesteście cudowni. Fenomenalni. Wrócę do tej relacji jeszcze nie raz w tym roku. I przypomniało mi się, jak ryczałam z bólu zbiegając rok temu ze Śnieżki, a to taki spacerek był w porównaniu z TYM, co zrobiliście. Matko, jak ja chcę znowu w góry, a jeszcze calutki miesiąc muszę wytrzymać ;) Dzięki za potężną dawkę motywacji!

  5. Gratulacje! Takie ultra jeszcze nie są w zasięgu moich możliwości ale bardzo bym chciała kiedyś wziąć w czymś takim udział :) jeszcze w tak pięknej okolicy, niesamowita sprawa.

    Też słyszałam o sposobie na skurcze – wbijanie agrafki w napięty mięsień, ale na szczęście nigdy nie miałam okazji tego przetestować na sobie :D

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here