Nie leży mi w ostatnich miesiącach dystans 10 km. Z trzech poprzednich startów w pełni zadowolony nie jestem z żadnego. Najpierw dałem dupy w Biegu Mikołajkowym, potem ciała dał pilot na Biegu Żnińskim, dzięki któremu mam oficjalną życiówkę na 10,3 km (taki dystans widnieje w wynikach), a w końcu w maju pobiegłem w Swarzędzu 36:40 na atestowanej trasie – jest życiówka, ale poniżej możliwości i oczekiwań.

Poznański Bieg Piotra i Pawła miał pozwolić mi się wreszcie odbić. Cel był dość prosty: ustanowić nową wypasioną życiówkę dającą mi tytuł najszybszego Pąpkinsa na 10 km (36:16 Beli do zgrzania), a przy okazji zdobyć oficjalne Mistrzostwo NBR Teamu oraz pudło w kategorii M30 i TOP10 open.

Biegowa forma pozwalała mi o tym myśleć, problemem były jednak kłopoty z mięśniem dwugłowym uda, z którymi borykam się od kilku tygodni. Bieg na 10 km to bardzo intensywny i jednostajny wysiłek, by pobiec na miarę swoich możliwości, trzeba być całkowicie zdrowym. Piątkowy trening, w którym kilkusetmetrowe odcinki biegałem nawet tempem 3:20, poszedł dobrze i miałem wiarę w to, że się uda.

Tylko że kilkaset metrów to coś innego niż kilka kilometrów. Ruszyliśmy z Bartkiem i Brylem mocno, Garmin raportował pierwsze kilometry po 3:36-3:38. Sapałem i charczałem jak zwykle, czyli było dobrze, nawet biorąc pod uwagę fakt, że zegarek kilometry łapał w okolicy 980-990 m w stosunku do oznaczeń trasy. Niestety, z każdym krokiem ból na pograniczu uda i pośladka nasilał się. Po 3 km było już naprawdę źle i po 3,5 km postanowiłem zejść z trasy. Ze spuszczoną głową doszedłem do 1,5 km do mety, zbierając po drodze wyrazy współczucia od wyprzedzających mnie znajomych.

Nie umiem dziś w 100 proc. powiedzieć, czy była to słuszna decyzja. Bardzo się teraz oszczędzam w bieganiu, noga lekko ćmi, trudno to nawet nazwać bólem. Mam przed sobą Bydgoszcz Triathlon, a w sierpniu najważniejszy start lata, czyli połówka na PolskaManie w Wolsztynie. Chciałbym na obu zawodach stanąć na linii startu w pełni sił i bez problemów z nogą czy pośladkiem (problem jest prawdopodobnie w przyczepie dwójki, więc niby udo, a jednak pośladek;)), stąd zejście z trasy.

Zejście bardzo bolesne dla mnie jako sportowca. Wprawdzie Beli bym tego dnia nie pobił (zerwał się silny wiatr), ale Bartek wyrównał moje 36:40, a Brylu ukończył z wynikiem 36:31 i na pierwszym miejscu w M30. Śmiem twierdzić, że stoczylibyśmy epicką walkę do ostatnich metrów.

I’ve missed more than 9000 shots in my career. I’ve lost almost 300 games. 26 times, I’ve been trusted to take the game winning shot and missed. I’ve failed over and over and over again in my life. And that is why I succeed.
Michael Jordan

Zdjęcie główne: KSPhotography

3 KOMENTARZY

  1. Schodzenie z trasy nigdy nie jest fajne dla psychy i ego, ale w 99% przypadków okazuje się niezwykle rozsądną decyzją. Jeśli masz inne ważne plany, nie warto ryzykować poważniejszej kontuzji. Trzymam kciuki za reperację :)

    • Nie wiem, nie umiem odpowiedzieć.. w piątek idę do lekarza, zobaczymy co powie. Być może czeka mnie trochę przerwy od biegania. Odpocznę i wrócę na pełnej petardzie, jeszcze mocniejszy, o!

Skomentuj Krasus Anuluj odpowiedź

Please enter your comment!
Please enter your name here