Wtorek, 4 czerwca 2002 r.

Pamiętacie Mundial 2002? Drużyna Jerzego Engela nie rozpoczęła tego turnieju z przytupem. Biało-czerwoni przerżnęli z Koreą Płd. 0:2, a ja wkurzony poszedłem po meczu pograć w kosza na boiska przy Pałacu Kultury i Nauki. Złość trochę przeszła. Pod koniec bawiliśmy się w jakieś sztuczki i dwutakty z przekładaniem piłki pod nogą, zabrakło koncentracji i… chrup, kostka skręcona. Dokuśtykałem do domu, ale noga puchła. Piotrunio zawiózł mnie do szpitala, okazało się, że zerwałem więzadło skokowo-strzałkowe przednie (a może jeszcze inne też, nie pamiętam).

Sześć tygodni w gipsie. Po jego zdjęciu w żnińskim szpitalu nikt nie sprawdził, czy dobrze się zrosło. Nie boli? To niech się cieszy. Szybko wróciłem do grania w piłkę i kosza. Kostka zawsze już była słaba. Łatwo się skręcała, zwykle w niegroźnych sytuacjach, takich jak np. droga z pracy, kiedy człowiek nie koncentruje się na tym, jak stawia stopy. Podczas biegania, za które zabrałem się osiem lat później, przytrafiło się tylko ze trzy albo cztery razy. Nigdy jednak nie zdarzyła się jakaś poważniejsza kontuzja. Gdy opuchlizna i ból były większe, jechałem do lekarza, robiłem RTG i słyszałem: chłodzić, smarować maścią i odpocząć tydzień aż przejdzie.

Wtorek, 12 lipca 2016 r.

Rano fajne spokojne bieganie w zacnym towarzystwie, po południu miałem do załatwienia kilka spraw na mieście. Czułem się doskonale. Idealnie wręcz. W pewnym momencie kostkę przeszył bardzo ostry ból. Pojawił się taki kilka dni wcześniej, ale do razu zniknął i nie zwróciłem wówczas na niego uwagi. Tym razem nie mijał. Zacząłem się martwić.
Minęła godzina, kostka nadal bolała. Przy każdym ruchu, a nawet bez ruchu. Ojojoj. Zostałem ojojany, ale nie pomogło. To już niebezpieczne. Pomyślałem, że może to jakieś głupie zwichnięcie i kostkę trzeba nastawić. Pojechałem na dyżur ortopedyczny, gdzie usłyszałem „Nic tutaj zwichnięte nie jest. Proszę trzymać w górze, chłodzić i brać leki przeciwzapalne”. Nalegałem jednak na jakieś badania i zrobiono mi RTG. „Wie Pan co? Ja już wiem, ta noga może boleć i to bardzo” – zabrzmiało groźnie.

OZD!
OZD!

Zacząłem więc drążyć sprawę. Wykonałem USG i rezonans, wybrałem się na konsultacje z najlepszymi specjalistami od sportowych nóg, jakich znalazłem w Wawie. Dziękuję Hani, Kasi i całej reszcie za pomoc.

Okazało się, że w związku z kontuzją sprzed 14 lat i późniejszymi wielokrotnymi skręceniami, w kostce narobiło się dużo złych rzeczy. Zwapnienia, przekrwienia, przerost błony maziowej, osteofity i jeszcze jakieś drobne elementy (ciała wolne), które sobie w kostce mieszkają. Prawdopodobnie jeden z takich drobiazgów, przy zupełnie przypadkowym ruchu, dostał się w miejsce, gdzie spowodował silny ból. Zgodnie z zapowiedzią lekarza po tygodniu przeszło. I wszystko było w porządku.

#smashingpĄpkinsforever / fot. Błażko
#smashingpĄpkinsforever / fot. Błażko

Pozornie. Bo syf w kostce pozostaje i staw muszę wyczyścić, bo w każdej chwili sytuacja może się powtórzyć. Przydałoby się też naprawić uszkodzone dawno temu więzadło. W najbliższy czwartek poddaję się operacyjnemu „czyszczeniu” kostki, czyli zabiegowi artroskopii. Po operacji jakiś tydzień mam chodzić o kulach, a potem zacząć poruszać się normalnie. Być może uda się trochę popływać i pojeździć, ale o bieganiu na razie mogę zapomnieć. Trzeba będzie się porehabilitować, przywrócić funkcjonalność stawu itd.

Kolejnym etapem ma być przywrócenie więzadła do zdrowia. Dostanę zastrzyk z komórek macierzystych (brzmi nieźle, co?), po czym staw zostanie unieruchomiony na dwa–trzy tygodnie w gipsie. Początek września nie zapowiada się więc lekko, ale za to dzięki kulom wzmocnię sobie ramiona, może przyniesie do efekt w pływaniu?:)

Tak naprawdę najtrudniej zapowiada się kolejny czas, czyli rehabilitacja. Według lekarzy trzy–cztery miesiące po operacji wrócę do truchtania, mam więc nadzieję pobiegać coś w listopadzie. Do tego czasu czeka mnie żmudna praca nad przywracaniem mobilności stawu i wzmacnianiem mięśni. Nie będzie to ani fajne ani ciekawe. A potem ciężka praca nad odzyskaniem biegowej formy. Mam nadzieję, że dzięki szybszemu powrotowi na basen i rower utrata wydolności nie będzie taka duża, ale i tak nie nastawiam się na szybkie życiówki. Forma w 2017 ma być 9 lipca w Roth:)

Na kolejne sukcesy biegowe przyjdzie mi teraz trochę zaczekać... / fot. Sportografia.pl
Na kolejne sukcesy biegowe przyjdzie mi teraz trochę zaczekać… / fot. Sportografia.pl

Nie jest mi z tym wszystkim lekko, ale staram się jednak do tematu podchodzić z optymizmem i zadaniowo. Po prostu muszę to wszystko robić, jeśli nie chcę stracić tego, co kocham. Mam nadzieję, że zapału i motywacji wystarczy mi na najbliższych kilka miesięcy. Nie będzie <4:30 na połówce w Wolsztynie, nie będzie walki o laury na Łemkowynie, a pościg za życiówką na 10 km zakończy się tymczasowo na 36:40 ze Swarzędza.

O moim podejściu do kontuzji i przymusowej przerwy będzie jeszcze czas napisać. Staram się być optymistą, a dzięki wsparciu fantastycznych ludzi, jakich mam wokół siebie, jest to łatwiejsze. To tylko kontuzja, świat się nie kończy, a przynajmniej jest okazja, by odpocząć od reżimu treningowo-startowego, pograć w Wiedźmina i nadrobić kilka lektur.

11 KOMENTARZY

  1. Spoko luz, będzie lepiej niż przed kontuzją. :) ja po zerwaniu więzadła w 2006 roku straciłem półtora roku i być może tylko dzięki tamtej kontuzji zacząłem regularnie biegać (inne lubiane przeze mnie sporty były zbyt ryzykowne dla kolana, nie licząc roweru), co stało się moją nową pasją. Ta z kolei zapewniła mi w tym roku kolejne atrakcje w postaci problemów z Achillesem. :D To z kolei sprawiło, że zacząłem czerpać więcej radości z maszerowania i jestem bardziej zmotywowany by więcej pływać i jeździć na rowerze (oczywiście do biegania obowiązkowo wrócę :) ). Tak więc znajdziesz sobie na pewno zastępcze zajęcie, a do formy wrócisz, wcześniej, czy później. :) Byle lekarze zrobili wszystko, jak należy. :)

    • Dzięki wielkie! Jestem pełen dobrych myśli. Nie dość, że pogram i poczytam, odpocznę, wzmocnię górną część ciała, to jeszcze wrócę na takim głodzie biegania, że głowa mała! :)

  2. „Po prostu muszę to wszystko robić” – i to jest dobre podejście. Jak miałem problemy z kręgosłupem jakieś 5 lat temu, to nie było lekko, oj nie było. Jeszcze w 2010 wyprzedziłem Hercoga na Maratonie Karkonoskim ;) a tu cały misterny plan w p…. Po tych kilku latach forma znów jest, choć tamci konkurenci odjechali, no ale są nowi :) Jako że masz pływanie i rower, to szybko wrócisz do formy, zwłaszcza że 4 miesiące to naprawdę mało! Ja przez ponad rok niemal NIC nie robiłem, bo i rower był nie wskazany, a do wody muszę się zmuszać. Grunt to mieć radochę z tego co się robi, bez napinki, na ile to możliwe. Ale Ciebie chyba nie muszę o tym przekonywać.

    • Dziękuję! Nie ukrywam, że historia Twojego kręgosłupa (choć znana mi tylko „po łebkach”) jest dla mnie jedną z inspiracji i motywacji. Wszak ja mam tylko artroskopię kostki, phi.
      Tak jak piszesz, najważniejsza jest radość z tego co robimy, a pasja daje radość. Oby tak dalej!:)

  3. Naprawisz i wrócisz. A w międzyczasie pracujesz też nad głową – cierpliwość ponoć jest cnotą ;) Poza tym, całe szczęście, że nie zepsuło się bardziej!

  4. Teraz to uważaj, bo jak będziesz w domu siedział to jeszcze możesz usłyszeć „A może pomalujemy ściany? Mały remont by nie zaszkodził?”. Pamiętam jak po rekonstrukcji ACL siedziałem w domu. Dobrze, że mobilność miałem trochę gorszą ;)
    Powodzenia!

  5. Witam :) Ponieważ z różnych powodów nie mam fb, to pozwolę sobie pod blogiem: szybkiego powrotu na tri ścieżki! Zdrowia!

Pozostaw odpowiedź Ela Anuluj odpowiedź

Please enter your comment!
Please enter your name here