Nasłuchałem się o tym, jaki ten Chudy Wawrzyniec fajny. Że trudny (lubię!), że długi (lubię!), że żarcia dużo na punktach (bardzo lubię!) i piwa w opór na mecie (a jakże!). Z mojego punktu widzenia Chudy ma jednak wielką wadę: odbywa się latem. Dokładnie w środku trisezonu. Z góry spisałem go więc na straty, bo przecież połówka w Wolsztynie i te sprawy.

Ale człowiek kombinuje. Bo Pąpkinsi jadą, a przecież z nimi zawsze jest najlepiej i warto. Kminiłem więc, kminiłem i wykminiłem: pobiegnę Małą Rycerzową! Taki tam bieg dla dziewczyn, mikrocórkę Chudego (80+ km) i Chudszego (50+ km) Wawrzyńca. Nie, nie nabijam się z tego biegu. Do mety w tym roku dotarło więcej kobitek niż facetów. Uznałem, że takie dwugodzinne napieranie w terenie będzie fajnym treningiem siły i da mi lekki posmak tej imprezy. Poza tym będę na mecie szybciej niż inni, to piwa nie zabraknie, nie? No i takie córki dużych imprez zwykle mają nie najmocniejszą obsadę, można by więc o TOP5 powalczyć. Zajarałem się. I zapisałem.

Potem jednak wszystko się popierdykowało i wiadomo było, że nie pobiegnę. Ale… jeśli nie pobiegnę, to na mecie będę jeszcze szybciej, nie? Gdy okazało się, że Beloscy jadą, to od razu ogarnęliśmy wspólny transport. Bo podróże z rzeźnickim partnerem (relacja z Rzeźnika – polecam) i jego piękniejszą połówką to zawsze fajna sprawa. I co tam, że w czwartek operacja, a w piątek rano wyjazd. Dokuśtykałem do samochodu i zająłem stanowisko VIP z miejscem na wystawienie chorej nogi, wszak Pan Dochtór kazał trzymać w górze. No to trzymałem, a stosując się do zaleceń lekarza zażywałem medykamenty, chodziłem o kulach i robiłem zadane ćwiczenia. Jestem szurnięty, ale nie głupi.

Na miejscu poczułem się jak w domu. Uściski dłoni w biurze zawodów, masa fantastycznych ludzi, dziesiątki pytań o nogę, dziesiątki ojojów, życzeń szybkiego powrotu do zdrowia i formy. Takiej prawdziwej, szczerej ludzkiej serdeczności. Było mi naprawdę miło. A potem jeszcze milej, bo pizza z pĄpkinsami smakowała niebiańsko.

Miały być głupie miny, ale nie wszyscy się postarali, oj, Edytko, oj, oj! / fot. Judyta
Miały być głupie miny, ale nie wszyscy się postarali, oj, Edytko, oj, oj! / fot. Judyta

Trochę tego Różowego Kartelu przyjechało. Na Chudego wybrali się: Ala, Paselaczek, Zajączek oraz Robciu w towarzystwie niezastąpionej Judyty. Był też nasz „ukryty członek”, czyli obozowobiegowy Marcin, a także Bonku sKielc, który na koszulce #ZłotyNaKilometr ma przecież pĄpkinsowe logo. Sami swoi! Na pizzy wpadłem jeszcze na Wero i Remka, przyjaznych gąb więc nie brakowało. Jako prawilny pĄojciec musiałem się Różowymi zaopiekować. (Fakt jest jednak taki, że nie mniej trzeba się było opiekować mną, bo przecież niemobilny byłem, a robienie kilometrów o kulach do łatwych nie należy, i tu bardzo mocno dziękuję Beli za transportowanie mnie w tę i nazad wedle potrzeby!).

– Jak to jest być obiektem żartów tysiąca ludzi? – zapytał ze śmiechem na powitanie Krzysiek Dołęgowski, czyli alfa i omega Chudego. Faktycznie żartów nie brakowało, a moja Podrabiana Kubota na prawej stopie jako obuwie startowe zrobiła prawdziwą furorę. Najweselej to było na linii startu. No bo wiecie: jest 3:55 w nocy, w pierwszym rzędzie stają ultrawymiatacze, a między nich pcha się koleś o kulach z Podrabianą Kubotą na opatrzonej nodze. Mina niektórych ludzi – bezcenna. Ale dla mnie możliwość dopingowania na starcie znajomych była czymś wspaniałym. Nic dziwnego, że finalnie zostałem określony mianem „Różowej Maskotki Chudego Wawrzyńca”.

Bo jak Piotrek Dymus zrobi zdjęcie, to nie ma ch... we wsi! / fot. Piotr Dymus
Bo jak Piotrek Dymus zrobi zdjęcie, to nie ma ch… we wsi! / fot. Piotr Dymus

Po starcie Chudego udało mi się jeszcze na parę godzin zasnąć, ale potem nerwy wygrały. Emocje z kibicowania są NIESAMOWITE. Ciągłe odświeżanie strony z wynikami i sprawdzanie, kto dotarł do kolejnego punktu kontrolnego, sprawiło, że w ten weekend skończył mi się limit transferu danych w komórce. Nie mogłem już wytrzymać siedzenia sam w pokoju i zadzwoniłem po transport.

Bardzo chciałem pojawić się na trasie, ale w związku z ograniczoną mobilnością dotrzeć mogłem właściwie tylko na 60. kilometr, czyli na przełęcz Glinka, gdzie umieszczono punkt odżywczy. Miałem ze sobą fotelik turystyczny i planowałem jak król siedzieć i kibicować. Ale zaczęło padać, schowałem się więc pod namiotem z punktem odżywczym.

I stało się coś niesamowitego. Świat się zmienił.

Na linii startu / fot. Bela Belowski
Na linii startu / fot. Bela Belowski

Jeden z zawodników zapytał o izotonik, po chwili drugi poprosił o drożdżówkę, a potem trzeci o pomoc w nalaniu wody do flasków. Nie minął kwadrans i stałem się pełnoprawnym wolontariuszem na jednej nodze. Kroiłem drożdżówki i pączki (serwowaliśmy połówki), opisywałem kanapki (do wyboru były z serem i szynką), zbierałem śmieci, otwierałem bezalkoholowe piwo, nalewałem piciu, pomagałem założyć folię NRC, a kilka osób poprosiło o użyczenie telefonu, by zadzwonić do kogoś bliskiego. Ktoś zostawił na stole żelki, którejś z dziewczyn one zasmakowały i je potem zabrała. Jedni spędzali u nas minutę, inni kilkanaście. Byli maruderzy („Jak to nie ma transportu dla schodzących z trasy?!”), ale zdecydowana większość zawodników serdecznie dziękowała za pomoc.

Jarałem się tymi chwilami. Jak bardzo mi się podobało! Jarałem się pomaganiem ludziom, których nie znam (a niektórzy znali mnie, to miłe!), ale przede wszystkim czekałem na tych, których znam. W końcu pojawiła się Ewelina, Kamil, a potem Marcin, z którym po Tatrach zrobiłem setki kilometrów i nasza pĄAla, na którą czekałem najbardziej. Każdemu oddałem serce, duszę i robiłem co mogłem, by dalej pobiegli z dodatkową dawką energii. W międzyczasie informator (buziaki dla Oli) z linii mety doniósł, że Bartek i Rob ukończyli właśnie 50-tkę, zebrałem się więc i ja do Ujsołów, bo jednonożność nie ułatwiała życia na punkcie, a na dodatek było już zimno.

Na mecie znów czas spędzany w różowym towarzystwie i oczekiwanie na kończących bieg. Pięćdziesiątkowicze już świętowali sukcesy, więc dołączyłem do nich i rosnącą w siłę ekipą (pozdrowienia dla Tomka, szacun za wynik!) czekaliśmy na bohaterkę dnia – Alę, która dotarła na siódmym miejscu i wcisnęła się na rozszerzone podium kobiet długiego dystansu. Brawo, Dziewczyno! Nie pierwszy (i zapewne nie ostatni) raz pokazałaś charakter prawdziwej wojowniczki. Różowa rodzinka jest dumna!

Też mam zdjęcia z finiszu Chudego;) / fot. Fotomaraton
Też mam zdjęcia z finiszu Chudego;) / fot. Fotomaraton

Dobra zabawa trwała tak długo, aż zmęczeni ultrasi pozapadali w połowie zdania w sen. Ja w sumie też się zmęczyłem. Pobudka o 2:45, pomoc w przygotowaniu do startu oraz support na trasie i na mecie nieźle dały mi w kostkę. Doskonale wiem, jak to jest otrzymywać wsparcie od bliskich. Po tej sobocie muszę powiedzieć, że bycie po drugiej stronie jest chyba jeszcze fajniejsze, a dawać jest przecież fajniej niż brać.

2 KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here