Obudziłem się niewyspany. Zmęczony. Z bólem głowy. Czasem tak jest, że życie przygniata. Ostatnie, na co miałem ochotę, było wyjście na trening biegowy. Dawno tak bardzo nie marzyłem o wciśnięciu „drzemki” na telefonie, ale korzystanie z tej funkcji jest jedną z najgłupszych rzeczy, jakie można robić. Wstałem, plany wpisane w TP przez Olgę są nieubłagane: 8 km pierwszego zakresu.

Zagryzając porannego banana (wyjście z domu na czczo jest dla mnie zbyt daleko poza strefą komfortu, bym mógł to zaakceptować), spojrzałem za okno. Białe gówno waliło z nieba. Nie był to prószący śnieżek, przy którym z radością pląsa się, trzymając za ręce. To było białe gówno. Jak tylko mogłem, zwlekałem z wyjściem, ale gdy zacząłem się pocić od stania w przedpokoju w kurtce, uznałem, że to już przesada, i wyszedłem.

Człapię do parku. Tym razem do Sowińskiego. Choć pętla mniejsza niż w Parku Szymańskiego, to drzew jakby więcej i nawierzchnia miękka. Tempo 5:30, a ja cierpię. Czasem nie chodzi o mięśnie czy wydolność, tylko o głowę, która nie jest w stanie zaakceptować przebywania poza strefą komfortu. A dziś moja skończyła się już na drugim zakładanym bucie w domu. Czasem jest to spowodowane głupim leniem, jemu trzeba ukręcić łeb. Innym razem zaś jest po prostu beznadziejnie.

Płatki śniegu pizgają po oczach, a dłonie marzną (rękawiczek zapomniałem). Na dodatek nie umiem się rozluźnić i czuję, jak z każdym krokiem coraz bardziej się przykurczam. I biegnie taki przykurcz. Sam w parku, czasem jakiś psiarz się pojawi, ze smyczą na szczęście. Biegnę już tak kilka godzin chyba, tak mi się dłuży! Poziom przyjemności zero.

Spoglądam na zegarek, bo usłyszałem „PIK” oznaczające pełny kilometr.

4 km. Patrzę jeszcze raz, bo wierzyć mi się nie chce. 4 km, nie wygląda jak błąd Matriksa. Cztery-kuźwa-kilometry?! A mam wrażenie, że biegnę wieczność.

Rozpłakałem się.

Psiarz spojrzał na mnie z politowaniem. Współczuł? Wyśmiał? Nie wiem. A może w ogóle nie zauważył łez, tylko spojrzał z politowaniem, bo nie lubi biegaczy? Albo w ogóle nie lubi nikogo? Albo w ogóle nie spojrzał na mnie, tylko mi się ubzdurało, a on się zamyślił?

Płacz oczyszcza, pozwala się odbić od dna, wypluć z siebie emocje i wrócić do żywych. Ale nie tym razem. Biegłem dalej, wkurwiałem się na świat, nakręcałem się złymi myślami i biegłem dalej. Po niekończących się 8,2 km dotarłem do domu. Nie odbiłem się od dna, nie oczyściłem emocji, a wykrzyczenie Bogu ducha winnemu Sowińskiemu jakim ch… jest nic nie dało, co najwyżej wystraszyło kilka wróbli.

Droga do sukcesu nie prowadzi z górki. Uprawiam sport dla przyjemności, ale czasem, by osiągnąć tę przyjemność (np. satysfakcję na mecie), trzeba się umęczyć. Nie tylko fizycznie podczas ciężkiego treningu. Także psychicznie, wychodząc z domu wtedy, gdy tak naprawdę myśli się tylko o schowaniu pod kocem na co najmniej miesiąc, a dla bezpieczeństwa – na dwa. Ostatni raz przyjemnie biegało mi się w poprzednią sobotę, dziesięć dni temu. Słońce, uśmiech, Wisła. Wszystko było. To było najfajniejsze bieganie od lipca.

Nie sztuką jest wyjść na trening, gdy natura wzywa i aż nogami się przebiera. Sztuką jest pożegnać strefę komfortu już w chwili podnoszenia się z łóżka i brnąć w to dalej, nawet gdy z każdym kolejnym krokiem jest gorzej. Nie spotkałem dziś ani jednej endorfinki, nie odbiłem się od dna, nie powstałem niczym Feniks z popiołów. Nie stało się kompletnie nic dobrego, ale w TP odznaczyłem „trening odbyty” i to jest najważniejsze.

fot. Sportografia
fot. Sportografia

I gdy właśnie miałem wysyłać ten tekst do korekty, zadzwoniła pewna pani, z którą w zeszłym tygodniu rozmawiałem o współpracy na blogu. Nie ma teraz znaczenia, o czym będę dla Was w ramach tej współpracy pisał, dowiecie się niedługo. Pani postanowiła podrzucić mi paczuszkę osobiście, bo blisko siebie pracujemy.

„Dziś mikołajki i mamy dla Pana coś jeszcze. To japońska laleczka daruma, przynosi szczęście obdarowanemu”. Zrobiło mi się bardzo miło, a potem poczytałem na Wikipedii.

Charakterystyczny kształt tych lalek powoduje, iż są one cięższe u podstawy, dzięki czemu, ilekroć przewrócone, zawsze wracają do pozycji pionowej. Ta właśnie ich cecha zdaje się być najważniejsza, bowiem uważa się, że lalka taka posiada moc pomagania swemu właścicielowi w przezwyciężaniu życiowych niepowodzeń, zgodnie z powiedzeniem: „Choćbyś siedem razy upadał, podnieś się po raz ósmy”.

Zawzięty wyraz twarzy lalki wyraża determinację, wolę pokonywania trudności. Prawdziwa postać Darumy (Bodhidharmy) uosabia bowiem determinację, ale również poświęcenie, dyscyplinę i cierpliwość. Postać ta kojarzy się ponadto z długim życiem, dobrym zdrowiem, szczęściem i pomyślnością, a zatem z dobrą passą.

Największą popularnością cieszą się lalki daruma z oczami bez namalowanych źrenic – przyjęło się bowiem uważać, że takie właśnie lalki, jeśli odpowiednio zostaną potraktowane, mają moc przynoszenia szczęścia.

Z nadejściem Nowego Roku wiele osób w Japonii kupuje „ślepą” lalkę daruma. Robią to nie tylko zwykli ludzie, lecz także wiele firm. Oczy lalki należy namalować, ale w ściśle określony sposób: jeśli chcemy, aby spełnił się jakiś nasz cel, nasze jawne czy skryte marzenie, wyznaczamy sobie na najbliższy rok zadanie. Myśląc o nim, malujemy lalce jedno oko (lewe). Namalowane oko lalki pozostaje zawsze otwarte i skupione na wyznaczonym celu. Gdy cel zostanie osiągnięty lub marzenie się spełni, domalowujemy lalce drugie oko. W ten sposób daruma uzyskuje wzrok.

2 KOMENTARZY

  1. Ojojoj… wyobraziłam to sobie i Cię pożałowałam samego w tej śnieżycy. Miałam długą serię biegów bez celu treningowego i bez sensu, tak antyzawałowo 3x w tygodniu. Zero frajdy, mimo ptaszków i pogody. Czasem po prostu nie klika. Przynajmniej spuściłeś trochę ciśnień.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here