Zwróciliście kiedyś uwagę na siebie podczas ciężkiego treningu powtórzeniowego? Na przykład takie dziesięć minutówek z minutową przerwą, a te minutówki są naprawdę bardzo, bardzo, bardzo mocne. Najpierw 1:40 tlenu, a potem te cholerne minutówki. Pierwsza zachowawcza 330‒340 W, ale potem już po 370‒390 W. Boli.

Trzy‒cztery jeszcze jakoś zniosłem. Po 50 sekundach zaczynało boleć, ale dociągałem do końca. Potem było coraz trudniej i musiałem coraz mocniej walczyć, a walka ta zaczynała się coraz szybciej. Przy szóstym lub siódmym powtórzeniu zwróciłem na siebie uwagę. Posłuchałem swojego głosu. O przenajświętsza matulu! Jeśli któryś z sąsiadów wietrzył akurat po nocce mieszkanie, to musiał solidnie się wystraszyć, że ktoś mi robi wielką krzywdę. „Yyyyyyyuuuuu!”, „Jeszcze grrrryyrrrr dziesięć hwgrrr sekund!” albo pĄpkinsowe „Janusz, dasz radę!” (przecież usłyszę to w Roth!). Tak naprawdę 90 proc. dźwięków, które z siebie wydawałem, to jakieś nieartykułowane jęki, których nawet moja chora wyobraźnia nie potrafi opisać literami.

Po ciężkiej nocy dwugodzinny trening przed pracą to pomysł do bani, ale życie podyktowało dziś takie warunki. Czekają mnie teraz trudne miesiące i na to, że będzie łatwiej, nie mam co liczyć. Wyżej dupy nie podskoczysz, a przecież „trening musi zostać odbyty”.

A niech go…

Co to był za poranek, to niech go dunder świśnie. Mam zasadę, że jak budzik zadzwoni, to nigdy, ale to NIGDY nie używam drzemki. Daję sobie minutę na rozpędzenie organizmu (by mu pomóc, macham czasem ramionami albo coś innego) i wstaję. Staram się jak najmniej czasu marnować na poranne pierdoły, ale dziś szło mi wyjątkowo opornie. Snułem się po mieszkaniu, a czas przeciekał między palcami. By dodać sobie energii, do śniadania wypiłem pepsi, której kilka puszek zawsze mam w lodówce. Nic to nie dało.

Stojąca w trenażerze Celina spojrzała na mnie z pogardą, bo od pobudki minęło już 40 minut, a ja nadal nie zacząłem treningu. Miałem ją gdzieś. Czasem życie niemal fizycznie boli. Ani obowiązek zrobienia treningu, ani słowa wsparcia i motywacji od P. nie były w stanie zmusić mnie do zwiększenia obrotów. Nie mogłem jednak w nieskończoność włóczyć się po domu. W końcu zrobiłem rozgrzewkę, choć jedyną moją myślą przy niej było „kołdra, kołdra, kołdra” – możecie wierzyć lub nie, ale FIZYCZNIE CZUŁEM, jak ciągnie mnie z powrotem w kierunku sypialni! Włączyłem Sin City dla odmóżdżenia i zacząłem kręcić.

Gdy po 17 minutach legalnie wypożyczony online film powiedział „Mam cię w dupie, zaciąłem się i co mi zrobisz?”, rozpłakałem się, przestałem pedałować i przeklinając na czym świat stoi, zsiadłem z roweru. Wyłączyłem telewizor w cholerę i uznałem, że koniec z tym, pierdolę, nie robię.

Po parunastu sekundach przypomniałem sobie, co mówiłem innym. Że właśnie gdy tak nieskończenie się człowiekowi nie chce, to wtedy najbardziej trzeba ten trening zrobić. Że jak się ulegnie pokusie odpuszczenia raz, to każdy kolejny przychodzi łatwiej. Że jak będę odpuszczał na treningu, to na zawodach (będzie przecież sto siedem razy trudniej!) odpuszczę na pewno. Nie, to nie był dzień, w którym pozwoliłbym sobie na taryfę ulgową.

Ze skwaszoną miną wróciłem na trenażer, wziąłem książkę (legalna wypożyczalnio filmów, bujaj się!) i zrobiłem to, co miałem zrobić. I to jak! Dwa tygodnie temu miałem osiem minutówek, wyszły po 360‒370 W, a dziś sztuk dziesięć i wyszło mocniej. Złomotało mnie to przeokrutnie, jęczałem, wyłem, ale zrobiłem, a usłyszeć potem „Wiedziałam, że dasz radę” było najlepszą nagrodą.

Przede mną jeszcze okropecznie długa droga do Roth. Takich chwil jak dziś rano będzie mnóstwo. Jest na nie prosta metoda. Trzeba absolutnie odrzucić możliwość porażki. Szukanie wymówek jest tak samo łatwe i kuszące, jak beznadziejne. Nie idźcie tą drogą!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here