Zobaczyłem go, wychodząc z depozytu. Krzyknąłem, odwrócił się i uśmiechnął od ucha do ucha. Już wiedziałem. Zrobił to! Wycisnął ten półmaraton jak świeżą cytrynę, rozpierdzielił połowę hiszpańskich kiosków w proch i w pył! Pozostawało tylko pytanie: ile. Po kilku sekundach usłyszałem 1:17:16. Godzina, siedemnaście minut i szesnaście sekund. Zbierając szczękę z barcelońskiego chodnika, skoczyłem mu na szyję i ucałowałem. Ostatni raz taką radość ze sportu czułem jakieś pół roku temu.

Tak, uwielbiam się ścigać. Nie widzę w tym niczego złego, choć BO lubi mi w tym temacie dogryzać. Sport wyczynowy to przecież z założenia rywalizacja, polega na wyłonieniu najlepszego. Oczywiście nie chodzi o to, by zawsze najwięcej, najlepiej, najmocniej. Mistrzem olimpijskim nie zostanę, a „najwięcej” może prowadzić do kontuzji. Rzecz w tym, że gdy mam przed sobą króliczka, to jest dodatkowa motywacja do pracy, bo owego króliczka chce się dogonić. To pomaga wstać rano na trening i docisnąć ostatnią kilometrówkę, kiedy naprawdę już się nie chce.

Gdy rok temu szykowałem się do Półmaratonu Warszawskiego i Biegu Rzeźnika, mało który trening biegowy robiłem sam. Towarzystwo Beli i Dżołejka trafiło mi się jak ślepej kurze ziarno. Dwóch wymiataczy, dwóch sportowców, których podziwiam, a przede wszystkim – dwóch fantastycznych chłopaków. Na weekendowe wybiegania dołączali czasem Choi z Kargolkiem albo gościnnie Radziu i byłem jak w niebie. To zimą i wiosną 2016 zrozumiałem, jak istotnym elementem przygotowań może być dobry partner biegowy.

Meta Biegu Rzeźnika 2016. Za każdym razem jak widzę to zdjęcie, to mam ciary na plecach. Beloski, dzięki! / fot. Dadadesign Łukasz Buszka

Ale oprócz wspólnych treningów była w tym wszystkim jeszcze rywalizacja. Czasami zdalna, czasami bezpośrednia. Raz się wygrywało, raz przegrywało, ale każdego z nas pchało to do przodu. Szczególnie, że była to rywalizacja pozytywna, w której przegrany w Falenicy stawiał pączki, z sukcesów rywali człowiek cieszył się nie mniej niż ze swoich, a gdy razem nie biegaliśmy, to szliśmy do kina, na steka albo na piwo. To rywalizacja, w której i tak wszyscy jesteśmy zwycięzcami, bo zyskujemy ludzi, na których zawsze można liczyć.

Do Barcelony pojechałem bez formy, by zrobić trening BNP (zapisując się w maju ubiegłego roku, myślałem o nowej życiówce, ale los miał inny plan) i… kibicować Marcinowi, który zasadzał się na poprawienie mojego 1:18:41. Obserwując jego treningi nie miałem wątpliwości, że stracę pozycję drugiego najszybszego pĄpkinsa na 21,1 km, a i pierwsza lokata Beli jest poważnie zagrożona.

pĄ!

Ale to co zrobił na katalońskiej trasie nasz Dżołi, sprawiło, że pospadały nam kuboty. 1:17:16 i to z zapasem! Bez wyrzygu, bez „ómierania”, z luzem w nogach i uśmiechem na ustach. Mistrz. Marcinie, U’re the best! Mam teraz co gonić, bo choć dziś jestem daleko z tyłu, to w żadnym wypadku nie oznacza to złożenia broni!

Cały wyjazd do Barcelony był fantastyczny, bo z pĄpkinsami zawsze jest wyjątkowo. Przednia zabawa oraz nieskończony dystans do siebie i tego co robimy (#ofertadecebolla!) stają się chyba znakiem firmowym pĄwyjazdów – to był doskonały weekend. Ale chwila, gdy usłyszałem „1:17:16” przebiła w smaku wyśmienite owoce morza, wielką cebulę kupioną przez Choiego, a nawet hiszpańskiego jabola z colą.

A to jeszcze bardziej pĄ!:)
A to jeszcze bardziej pĄ!:)

PS, genialna fota główna została wykonana przez Sportografię.pl na mecie Półmaratonu Warszawskiego w 2016 r.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here