„Jak nie urok, to przemarsz wojsk”, powie jeden, a drugi będzie bardziej dosadny i stwierdzi wprost, że „jak nie urok, to sraczka”. I, biorąc pod uwagę dosłowne znaczenie słów, to ten drugi będzie bliżej prawdy.

Bo takiej biegunki to ja chyba w życiu, kuźwa, nie miałem. Zwykle jest tak, że wirus czy inny syf atakuje i po 12–18 godzinach męczarni, czujesz ulgę i zaczynasz wracać do sił. Oj, nie tym razem. Mamy już czwartek, ja od niedzieli uprawiam interwały na trasie do toalety i dolegliwość nie mija. Aby uniknąć odwodnienia, dwa wieczory z rzędu spędziłem pod kroplówką, piję ile się da, jem probiotyk i leki mające zatrzymać biegunkę, ale te niezbyt działają. Wczoraj dostałem receptę na jakiś nowoczesny medykament, który ma pomóc.

Oby.

Pojeździłem sobie ostatnio.. / fot. Bela Belowski

W mojej nomenklaturze jest kilka poziomów złego samopoczucia. Na samym szczycie tej klasyfikacji jest sytuacja, w której nie rusza mnie dylemat, czy wolałbym zjeść karbowane chipsy Lay’s o smaku zielonej cebulki, czy może klasyczne pringelsy. Wyobraźcie sobie, że od kilku dni ani razu nie pomyślałem o rozpływającym się w ustach steku z Buczera, ani przez chwilę nie zapłakałem za kebsem ze Świętokrzyskiej i nawet wypowiedziane przez Olgę słowo klucz „pączki z Górczewskiej” przepłynęło po mnie jak woda po kaczce. Tak źle nie czułem się już dawno.

Lecz we mnie zostało coś z tamtych lat,
Mój mały, intymny, muzyczny świat.
Gdy tak wspominam ten miniony czas,
Wiem jedno, że to nie poszło w las.

Do tej dosłownej (przepraszam co wrażliwszych czytelników za fizjologiczność) sraczki dochodzi mentalna sraczka przedstartowa. No bo jak mogłoby jej nie być przed najważniejszym startem dziesięciolecia? Przed zawodami, w które zainwestowałem masę pieniędzy, czasu i ciężkiej pracy? Przed debiutem w pełnym-kurde-ajronmenie? PEŁNYM!

Czyli 3,8 km pływania, potem 180 km roweru, a na końcu 42,2 km biegu.
– 3,8 km pływania – nigdy nie pokonałem takiego dystansu za jednym razem, jest to więc dla mnie wielka zagadka.
– 180 km rowerem – pokonałem raz, dodatkowo kilka razy jeździłem około 5 godzin, można chyba powiedzieć, że „znamy się z widzenia”.
– 42,2 km biegu – mam za sobą sześć ulicznych maratonów, kilkanaście biegów na 50 km na orientację i kilka ultra po górach. Z tej perspektywy patrząc, to chyba jesteśmy przyjaciółmi.

Widok z namiotu :)

Wygląda więc na to, że każda kolejna konkurencja będzie mi bliższa, zatem i łatwiejsza. I tu właśnie spotykamy paradoks Krasusa trajlończyka. Kluczem jest bowiem słowo „kolejna”. Nie mam wątpliwości, że te 3,8 km dam radę przepłynąć. Siądę potem na rowerze, połączę się z Celiną w całość i 180 km przejedziemy. I po tych ponad sześciu godzinach wysiłku chcę przebiec maraton. I to chcę go przebiec szybko, bo przecież nie jadę tam na wycieczkę krajoznawczą.

Ostatnich kilka tygodni, w czasie których więcej chorowałem niż trenowałem, wyssały ze mnie dużą część pewności siebie. W nastroju raczej przygnębiającym, zastanawiając się, czy zdołam wysiedzieć godzinę bez „przepraszam, muszę do ubikacji”, udałem się na odprawę przedstartową z Olgą.

Znacie ten uczuć, kiedy coś się wydarza i po fakcie żałujecie, że wciąż nie wynaleziono wehikułu czasu, bo chcielibyście wrócić i zrobić coś inaczej? Takie sytuacje mają miejsce na przykład w kebabowni, gdy dojdzie do nieporozumienia w kontekście tego, co znaczy „ostry sos”.

Po powrocie do domu zaśpiewałem sobie „wehikuł czasu to byłby cud”, bo gdybym tylko mógł cofnąć czas, zabrałbym na spotkanie dyktafon, by przez najbliższych dziesięć dni wysłuchiwać słów Olgi w nieskończoność.

Dużo bym dał, by przeżyć to znów –
Wehikuł czasu – to byłby cud!
Mam jeszcze wiarę, odmieni się los,
Znów kwiatek do lufy wetknie im ktoś

 

Dawno już mówiłem wielu osobom o niesamowitej umiejętności, którą posiada Olga. Potrafi w idealnym momencie delikatnie ochrzanić, w doskonałym pochwalić, a gdy trzeba – podnieść na duchu. Niby wszystko, co mówiła, to oczywistość. Na przykład to, że w przygotowaniach do długiego dystansu liczą się nie ostatnie tygodnie, lecz czas je poprzedzający. I to nie liczony w tygodniach, a w miesiącach. Że wszystkie najważniejsze jednostki zrealizowałem, teraz trzeba odpocząć. A fakt, że nie pływam, nie jeżdżę i nie biegam od paru dni, tak naprawdę nie ma znaczenia.

Cudnie było! / fot. Bela Belowski
Cudnie było! / fot. Bela Belowski

I potem jeszcze o tym, że patrząc na wykonane treningi to jestem mocny. Żeby się nie przejmować, jeśli coś pójdzie nie tak, bo zawody składają się z bardzo wielu elementów i jeden nie powinien wytrącić mnie z równowagi. Że jak wyjdę z wody i czas będzie gorszy niżbym chciał (ach, 1:10–1:12 byłoby super!), to luz, świat się nie wali. Nie wolno nadrabiać na siłę, trzeba jechać swoje. A jak usłyszałem, że „swoje” to może być 215–220W to se pomyślałem po cichutku: „Krasusie, ty możesz tam naprawdę mocno pojechać”.

I nie wyśmiała mnie, gdy cichuteńko powiedziałem „Może udałoby się około 3:10 pobiec”. Kazała tylko spokojniej zacząć, „nie szybciej niż 4:30 min/km”.

Boję się tego startu jak matury albo innej studniówki. Wiem, że stać mnie na wiele, wiem, że sam zbudowałem oczekiwania i chciałbym je spełnić, bo sytuacja jest taka, że drugiej szansy długo nie będzie.

Niech mi tylko zdrowie pozwoli.

9 KOMENTARZY

  1. Powodzenia.
    3mam kciuki i głowa do góry!
    Trzeba wierzyć ,że będzie dobrze bo musi a tylko Ty wiesz ile z siebie dałeś by było jak najlepiej!

  2. Bez trudu nie ma cudu. Trud był, teraz kolej na cud i „takie tam inne”!
    Jak Wy to mówicie? OGIEŃ Z DUPY!!! Dasz radę! 🐂💨
    (Z)dolny Śląsk pozdrawia!!! 😎

  3. Będzie moc! Pomyśl o tym, jak dobrze przygotowałeś się do tego debiutu – kilka lat tri, jeszcze więcej biegania, miesiące harówy pod pełen dystans.
    Powodzenia!

  4. Będzie dobrze. Kolega wolniejszy od ciebie biega na IM 3:14 ale po trudniejszej rowerowo trasie (Klagenfurt). Fakt, on jest megapływakiem, IM pływa poniżej 55′, ale rower i bieganie ma słabsze.

    A o sraczce pomyśl jako o „redukcji przedstartowej”

  5. Wehikuł czasu – mój ulubiony kawałek Dżemu…Jestem dziwnie spokojny o Twój debiut w IM. Kciuki będę jednak trzymał solidnie. Powodzenia:)

  6. Do mojego debiutu w pełnym IM zostały dokładnie 52 dni, więc przysłowiowa „sraczka” dopiero przede mną. Ciężko sobie wyobrazić co czujesz ale obserwując Twoją pracę przez te wszystkie tygodnie jestem pewna, że będzie pięknie. Powodzenia! PS. Już się nie mogę doczekać relacji z Roth ;)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here