„Wyżej dupy nie podskoczysz – prolog

Ostatnie tygodnie mocno dały mojej głowie w kość. Skutkuje to m.in. kiepskim snem i spięciami mięśni grzbietu, co przenosi się potem na pośladki i uda, o czym zresztą pisałem przed Sierakowem. Niestety, tym razem nie byłem sobie w stanie poradzić rolerem i skończyło się taką awarią, że głowa mała. W sobotę rano nie mogłem chodzić bez bólu. Usiadłem na rower, ale w grę wchodziło tylko kręcenie w górnym chwycie. Wyłożenie się na lemondce skutkowało bólem.

– Jesteś w Wawie? Spięło mi pośladek tak, że chodzić nie mogę, a gdzie pobiec jutro 10 km, ratuj…
– Przyjeżdżaj, podziałamy.

Nieplanowana wizyta w Fizmedzie była najbardziej bolesna w historii. Mateusz gniótł, ja płakałem rzewnymi łzami, przeklinając na czym świat stoi i wyjąc z bólu. Trochę puściło, obiecałem jeszcze w domu to porozciągać, zrobić rano dobrą rozgrzewkę i gdyby bolało podczas biegu – zakończyć rywalizację przed czasem.

„Biednemu zawsze wiatr fala w oczy” – pływanie

Niezłe pływanie w Sierakowie (średnie tempo 1:50 z zachowaniem komfortu) pozwoliło mi myśleć, że podczas pierwszej w życiu olimpijki popłynę szybciej. Wymóżdżyłem sobie, że dam z siebie więcej. Że zakręcę się w okolicy tempa 1:45 i z 1500 m pływu wyjdę z wody po około 26 min. Przykozaczyłem więc i stanąłem w pierwszej strefie, która obejmowała planujących ukończyć pływanie w mniej niż 27 min.

Pierwsze 100 m było dla mnie – bieg w wodzie po kolana! Ruszyłem ze swoją falą i jeszcze biegnąc dogoniłem poprzednią grupę. Był uśmiech, była podjarka. No i wtedy trzeba było zacząć płynąć, kozaczenie szybko się skończyło. To była masakra! Nigdy nie pływałem jeszcze w takich falach. Przy prawie każdym oddechu woda zalewała mi usta i musiałem ją wypluwać, przy próbach nawigowania fale podtapiały, a w tej szamotaninie i przy zerowej widoczności w wodzie nie byłem w stanie złapać nóg i praktycznie cały czas płynąłem sam.

Na bardzo krótkich odcinkach udawało mi się złapać rytm, przez większość czasu się szamotałem, chwilami miałem wrażenie, że macham rękoma w miejscu i w ogóle nie płynę. Mimo wyjątkowo gęsto ustawionych bojek, nawigowanie nie było łatwe, bo fale zalewały twarz i często guzik widziałem. Walka z żywiołem zakończyła się po 29 min i 21 s. Wybiegając z wody, krzyknąłem tylko Kubie, że poszło fatalnie, używając przy tym nieparlamentarnych słów. Przepraszam damy, które tam stały!

PŁYWANIE: 1,5 km; czas 29:21; msc 285/916 (31,1%)

„Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz” – strefa zmian T1

Zwykle pod koniec etapu pływackiego wizualizuję sobie poszczególne kroki do wykonania w strefie zmian. To pomaga wyrobić automatyzm i pozbyć się błędów. Tym razem płynęło mi się tak źle, że… o tym zapomniałem. Zamotany wybiegłem z wody i jedyne, co dobrze zrobiłem, to zdjąłem piankę. Muszę przyznać, że zdejmowanie Zoggsa FX1 to czysta przyjemność :) Szamotałem się za to z kaskiem i nie mogłem znaleźć oksów.

Ale to i tak pikuś.

Ruszam na rower, klikam lapa w garminie i zakładam buty, idzie dość sprawnie. Po chwili uświadamiam sobie, że zegarek co chwilę pika, sygnalizując kolejne okrążenia, a przecież na rowerze mam je co 5 km.

Spoglądam na niego i w ciągu jednej sekundy moja irytacja osiąga poziom Everestu.

TRZASK! Uderzenie dłoni w łeb.

Nie włączyłem multisporta, tylko ruszyłem na trajlon, mając ustawione pływanie. Cisnąc na rowerze, ręcznie zatrzymuję więc pływanie, przełączam na rower i uruchamiam garmina po raz drugi. I wtedy…

TRZASK! Uderzenie dłoni w łeb po raz drugi.

Przecież ten durny Stages nie łapie zasięgu z tym durnym garminem, gdy mam go na ręku na lemondce. Właśnie dlatego do T1 w Sierakowie wbiegałem z zegarkiem w zębach, by rach-ciach założyć go na kierownicę i móc jechać z pomiarem mocy. Teraz już jadę, a zegarek spoczywa na nadgarstku i jedyną wyświetlaną wartością jest prędkość. Próbuję rozpiąć zegarek w czasie jazdy, ale dochodzę do wniosku, że o ile zdjąć z ręki go dam radę bez problemów, o tyle zapięcie go na kierownicy może skończyć się wizytą w rowie, a na trasie dość ciasno, bo cała czołówka jest już daleko z przodu. Jadę więc jak jest.

Po stronie plusów T1 należy jednak zapisać fakt, że mimo zamotania wyprzedziłem tam 40 osób i z 285. wylądowałem na 244. pozycji, choć i tak powinienem tam być co najmniej kilkanaście sekund krócej.

STREFA ZMIAN T1: czas 3:24; msc 85/916 (9,3%)

„Nie dla psa kiełbasa” – kolarstwo

Szybko zauważam, że wiatr tego dnia nam sprzyja. Na większości trasy powinien wiać skosem w plecy. Ach, jaka szkoda, że umówiony na pożyczenie dysk okazał się mieć uszkodzoną szytkę, były to idealne warunki na pełne koło. Dość szybka trasa i wiatr w dobrym kierunku – trudno będzie o wymówki, trzeba zrobić dobry wynik. Średnia poniżej 40 km/h nie wchodzi w grę.

Wynik wynikiem, ale zdjęcie mam kozackie;) / fot. Maratomania.pl

Wkurzony na zamieszanie z zegarkiem i słabą strefę zmian nie umiem jednak złapać swojego rytmu. Niby jadę mocno, przez większość czasu widzę na wyświetlaczu trzy puste okienka (kadencja, moc z 10 s i znormalizowana moc z okrążenia) i prędkość z przedziału 42–43 km/h. Ale żeby średnia wyszła ponad 40, to z wiatrem powinienem jechać jeszcze szybciej, bo pod wiatr prędkość wyraźnie spada do 34–36 km/h.

Cały czas jadę sam, wyprzedzając kolejnych zawodników pływających szybciej ode mnie. Znajomych pozdrawiam piszczeniem Pimpusia, co wywołuje zwykle dużą radość ;) Wciągam pierwszy, a potem drugi żel Huma (do kupienia m.in. w NBR), pamiętam, by odpowiednio się nawadniać.

Cisnę jak mogę, ale mam poczucie, że więcej jest w tym szarpania zamiast równej jazdy, co mnie tylko frustruje. Najlepiej jedzie mi się Wisłostradą, po zjeździe z Mostu Północnego łapię dobry rytm i robię kilka kilometrów po 45 km/h. Szkoda, że tak późno. Wisłostrada szybko się kończy i tak samo szybko kończy się sprawna jazda. Podjazd, zakręty, kostka brukowa i trzeba się wypinać. Mając w pamięci przygody z Sierakowa, robię to tym razem za szybko. Dobre 20 m przed kreską jadę już po lewej stronie roweru, coraz bardziej zwalniając. Zrezygnowany zeskakuję z roweru.

Do złamania godziny zabrakło sporo, trasa była trochę dłuższa niż 40 km, ale idealne warunki do jazdy sprawiły, że czas 59:XX był w zasięgu. A może nie jestem na rowerze tak dobry jak czasem mi się wydaje.

KOLARSTWO: 40-41km; czas 1:02:07; średnia prędkość 38,6-39,6 km/h (nie mam dokładnego odczytu); msc 76/916 (8,3%)

„Głupich nie sieją, sami się rodzą” – strefa zmian T2

Zły na drugie z rzędu nieudane zejście z roweru próbuję to nadrobić, mocno biegnąc przez strefę. Rozglądam się i w tym czasie JEBS kostką o pedał (a może inną część roweru, nie pamiętam). Ból niebywały, czuję, że po nodze spływa mi krew, poziom frustracji znów wędruje w kosmos.

Wbiegam w swoją alejkę, obserwuję jak maleją numery startowe: 163, 161, a to jeszcze sporo do mojego 131, biegnę dalej, patrzę i… 119, 117… Fuck. Zawrotka. Cisnę, cisnę i… 137, 139. Nosz k…. mać!

– 131, to tutaj! – krzyczy uczynny wolontariusz.

Ech, Januszem być…

Odstawiam rower, sprawnie łapię swój worek z rzeczami na bieg i wbijam do przebieralni. Wyciągam buty, łapię żel, ale nie mogę znaleźć łyżki do założenia ich, kolejnych kilka sekund w plecy. W końcu ruszam na bieg, ale kolejne pół minuty w strefie zmian uciekło.

Żenua, acz z T2 wybiegam na 113. pozycji, co oznacza, że na rowerze wyprzedziłem 131 osób.

STREFA ZMIAN T2: czas 1:46; msc 166/916 (18,1%)

„Do trzech razy sztuka”, „Stara miłość nie rdzewieje”, „Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej” – bieg

No dobra, przecież bieg to najmojsza konkurencja w całym tym trajlonie. Przecież na trasie czeka Najmojsza, a swoją obecność zapowiedzieli też m.in. mieszkańcy Radomia, mikroStasiu i sam Sołtys Otwocka z familią. Nie mogę, po prostu nie mogę tego spieprzyć!
Początkowo biegnę dość spokojnie, ale gdy tylko wpadam na Krakowskie Przemieście, zaczyna się. Co to jest za trasa biegowa! Ludzie kochani! Tłumy, prawdziwe tłumy kibiców. Jeszcze nigdy nigdzie tak nie biegłem. Co chwilę słyszę „Dawaj Krasus!”. Ni stąd, ni zowąd na rowerze lub pieszo pojawia się Beluś, cztery razy na każdej pętli widzę Najmojszą z Pokemonkami i robię wszystko, by zawsze przybić im piątkę. Paweł Kalinowski, ekipa z Trinergy, NeONi, Fundacja Synapsis, Paselaczki z Dori, Beloskie oba, czy ja zdołam zapamiętać ich wszystkich, żeby podziękować?

Chciałbym za każdym razem biegać z taką publicznością. Sama trasa nie jest fajna, dużo zakrętów, cztery zawrotki po 180 stopni, kostka brukowa, dwa niefajne podbiegi itd. Ale to, co dają kibice, jest po prostu nie do opisania. Mam ochotę frunąć. Po płaskim biegnę po 3:45, tętno bardzo niskie (średnie z biegu 164!), ale nie umiem przyśpieszyć. Nie mam po prostu z czego. To pewnie efekt specjalistycznych przygotowań pod pełen dystans. Mogę biec długo na umiarkowanej intensywności, ale nie ma z czego przyśpieszyć. W sumie to dobrze, najważniejszym startem jest Roth, a 5150 to tylko trening.

Na zegarku już ponad 10 km, a do mety jeszcze kilkaset metrów „CIŚNIJ, to końcówka!”, krzyczy Belek. Dokręcam, ostatnie pół kilometra robię w tempie 3:30 i z uniesionymi rękoma wbiegam na metę. Niepokoi mnie tylko widoczne na zegarze 2:17, bo przed startem liczyłem na zbliżenie się do 2:10.

Sam bieg w 40:15 na wydłużonej trasie (zależnie od pomiaru miała 10,3-10,5 km) i 26. czas biegu na ok. 900 osób to jednak dobry sygnał.

BIEG: 10 km (zmierzone 10,5 km); czas 40:15; średnie tempo 3:50; msc 26/916 (2,8%)

„Z pustego i Salomon nie naleje” – podsumowanie

Brak trybu multisport sprawia, że nie wiem, z jakim czasem ukończyłem zawody. Spoglądam na godzinę i po tym, o której mniej więcej wystartowałem, szacuję, że mój wynik to 2:16–2:17. Składam gratulacje Niegosowi, bo jego złamanie 2:08 to czas marzenie. Nie ukrywam swojego niezadowolenia. Czasy poszczególnych konkurencji są poniżej oczekiwań i jedynie z biegania mogę być zadowolony.

Tu, o tu właśnie mnie teraz boli!

Nieco lepiej ten start widzi trener – Olga. „Nie szykowałeś się do takiego dystansu, zrobiłeś go bez odpoczynku i z treningu. Zwróć uwagę na bieganie, w ogóle nie robiłeś szybkich treningów, a poleciałeś poniżej 4 min/km – to świetny wynik”. No cóż, to ona jest mądra, a nie ja, może faktycznie zbyt wiele od siebie oczekiwałem. Taki po prostu jest mój poziom, a olimpijka to nie mój dystans, bo za słabo pływam.

Piątkowo-sobotnie problemy z pośladkiem (jeszcze raz ogromne podziękowanie dla Mateusza Chajęckiego i Fizmed – maestro, to dzięki Tobie w ogóle ukończyłem te zawody!), brak przerwy w treningach i kłody, jakie sam sobie pod nogi rzucałem – z tego nie mogło być wyniku, na jaki liczyłem. Pojedynek z Niegosem przegrałem z kretesem i dobrze mi z tym:) Trzeba znać swoje miejsce w szeregu, ale obiecuję, że jeszcze się pościgamy!

Marcinie, szacun za wynik!

Enea 5150 Warsaw Triatlon; dystans olimpijski 1,5 km – 40 km – 10 km; czas 2:16:52; msc 76/916 (8,3%)

„Nie chwal dnia przed zachodem słońca” – epilog

Siedzimy nad Wisłą. Slow food, zimne piwo, zachód słońca i te sprawy. Coraz bardziej czuję jednak, że swędzą mnie nogi. Pojawiają się też zaczerwienienia. Wiem już, że w ciągu paru godzin nastąpi awaria, nie spodziewam się jednak wówczas jej skali.

Mój niechciany gość (wpada zwykle raz do roku) – uczulenie na słońce – postanowił wpaść w odwiedziny właśnie w ten weekend. O ile rok temu, pod BydTri, objawy były dość łagodne, to tym razem dopieprzyło jak dawno. W poniedziałek rano nogi mam tak spuchnięte, że nie jestem w stanie chodzić. Wizyta u lekarza, zastrzyki, leki, maści, sterydy i świadomość, że czeka mnie co najmniej kilka dni przerwy w treningach. Do środy poprawy brak. Kolejna wizyta u dermatologa. Diagnoza: poważny stan zapalny skóry na rozległej powierzchni. Antybiotyk i kategoryczny zakaz wychodzenia z domu przez tydzień. Weekendowy mini-obóz treningowy odwołany, na trzy tygodnie przed zawodami dziesięciolecia, ja jestem na antybiotyku w domu…

To nie jest opalenizna… :(

„Człowiek człowiekowi wilkiem Pąpkinsem” – pozytywny akcent na koniec

Nie znajduję słów, by wyrazić swoje szczęście, gdy na trasie widziałem kolejne różowe pĄmordki. Przyjechać specjalnie z Radomia tylko po to, by pokrzyczeć „Dawaj Tato!” potrafią tylko oni. I ten Staś, i Pokemonki po raz pierwszy na trajlonie, i Beloski, którego pod koniec trasy rowerowej nie widziałem, ale usłyszałem tylko donośne „JANUSZ!”. 5150 Warsaw Triathlon to impreza cholernie droga (nie lubię), tłoczna (nie lubię) i z za dużą jak dla mnie ilością pływania (nie lubię), na dodatek z wyniku nadal jestem niezadowolony i ogólnie nie był to mój ani dzień, ani weekend.

Ale dzięki odcinkowi biegowemu, a raczej ludziom na nim zgromadzonym (i jeszcze wolontariusze, byli naprawdę wspaniali!), będę miał z tej imprezy masę miłych wspomnień. I kto wie, może za rok nauczę się w końcu pływać i choć zobaczę Niegosa plecy na trasie, bo w niedzielę to on zdążył piwo wypić i obiad zjeść zanim ja dotarłem do końca.

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułTen z 322 dniami głodu i torbą agrafek
Krasus – biegacz, napieracz, triathlonista i pĄpkins pełną gębą. Jego filozofia uprawiania sportu łączy ciężką pracę i ciągłe dążenie do bycia lepszym z dobrą zabawą, bo przecież w życiu chodzi o to, by było fajnie. Zrobił swoje jeśli chodzi o uklepywanie asfaltu i teraz realizuje się w terenie. W lesie, z mapą czy w górach czuje się jak ryba w wodzie!

8 KOMENTARZY

  1. Faktycznie Marcin spodziewałem się wyniku 2,10, ale i tak gratulacje dla mnie ten wynik nie osiągalny na razie. Ja pływanie poprawiłem zwiększając frekwencje z 64-do 72-3, może i u ciebie to da jakiś efekt. Rower tez jakiś dziwny trasa z Sierakowa nie łatwa a średnia jak na 40km w Warszawie. o co kaman?

    • Łukasz, myślę, że to kwestia tego, co działo się z moim organizmem. W sobotę stan zapalny w pośladku, udało się jakoś to zdusić, ale w niedzielę bolała mnie noga z przodu, choć nie przeszkadzało to w jeździe ani biegu. Teraz mam powiększony węzeł chłonny pachwinowy, no i ten stan zapalny skóry finalnie. Myślę, że na zewnątrz nie było widać objawów, ale w środku mechanizm już się sypał.

  2. może mu się pomyliło i pojechał do Krakowa :)
    Gratulacje Marcin. Nie znam się na wynikach TRI więc trudno mi cokolwiek powiedzieć, ale miejsce OPEN sugeruje, że to był dobry start. A biorąc pod uwagę, że wynik zrobiony po prostu z treningu i to co Ci się przydarzyło przed i w trakcie – to nawet bardzo dobry.
    rob

    • Wiesz, wszystko zależy jak mierzyć. W dwóch poprzednich dużych imprezach byłem na 20-30 miejscu;) Ale tak jak mówisz – to z treningu, a przede wszystkim dziwne rzeczy się wydawały. Nie byłem w stanie tego dnia dać z siebie wszystkiego.

  3. Chciałbym z Tobą porozmawiać. Tylko nie mam pojęcia jak się z Tobą skontaktować tak poza forum. Może jakieś telefony. Sam Biegam od 8 lat a od dwóch triathlon. Choć daaaaaaaaaleko mi do Twojego poziomu. Zwłaszcza na rowerze. Ale pływam chyba odrobinę szybciej hi hi hi. Mam pewne pojęcie o treningu jako takim. Z wykształcenia jestem trenerem LA, więc moglibyśmy się wymienić doświadczeniami.
    Pozdrawiam

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here