– Powalczysz o pudło? – zapytała Mari, gdy rano siedzieliśmy na ławkach, a ja wcinałem przedstartowego banana.
– Ech… Chciałbym, ale moja kategoria jest tak obsadzona, że mogę skończyć piąty w klasyfikacji generalnej i piąty w kategorii – odpowiedziałem po chwili zastanowienia.

Niewiele się pomyliłem, bo finiszowałem szósty. I w generalce, i w kategorii.

Sporo piwa w kuflach się przelało, nim w końcu zabrałem się do relacji z drugiej połówki tego sezonu. Chodzież to znana mi trasa, w 2015 roku wycisnąłem tam życiówkę 4:44, acz należy pamiętać, że bieganie ma tam o kilometr za mało. Teraz miało być lepiej, dużo lepiej, kilka mocniejszych treningów pokazało, że świeżość po Roth wróciła i można powalczyć.

Bądź czujny jak radziecki zwiadowca. Zawsze!

Start nie miał najwyższego priorytetu i… zgubiła mnie rutyna. Ludzie świata, co ja tam naodpierd…, to się w głowie nie mieści. Jakie błędy popełniłem i ile ich było, to jest nie do opisania. No dobra, spróbuję, może moja głupota będzie dla kogoś przestrogą? A może przynajmniej ja nauczę się na swoich błędach?

Było mocno, fot. BikeLife

Pakowałem się na ostatnią chwilę w piątek, tuż przed wyjazdem. Takie rzeczy nie mogą się przecież udać, prawda? No i się nie udało.

Zabrałem na start złe skarpetki (za ciasne – trudno było mi je założyć na zmęczeniu po rowerze, zacząłem się denerwować i straciłem masę czasu w strefie zmian), zapomniałem łyżki do butów (a okazało się, że za pomocą takiej kuchennej założenie zawiązanych i dość ciasnych startówek jest bardzo trudne), na dodatek nie sprawdziłem dokładnie roweru i trasę przejechałem z ocierającym lekko tylnym kołem (w efekcie z mocy połówkowej wyszła średnia prędkość ajronowa). Aha, no i sikałem kilka razy, jakaś masakra.

Było źle, ale dobrze

Wszystko poszło nie tak, a mimo tego jestem ze startu zadowolony ;) To były zawody o niższym priorytecie, miałem sprawdzić, czy zregenerowałem się już po Roth i co siedzi w nogach. 252 waty na rowerze i średnie tempo biegu 4:15 to całkiem dobrze, a do tego doszło niezłe, jak na mnie, pływanie (35:50).

fot. BikeLife

Kompletnie zawaliłem za to strefy zmian, i to obie. Zgubiła mnie rutyna, nie miałem dobrze przygotowanych rzeczy i teraz wygląda to fatalnie. W T1 najlepsi spędzili nieco ponad 1:30, a ja 2:23, ale to pikuś przy T2. 10 osób zrobiło zmianę w mniej niż minutę, a ja… uwaga, uwaga: w 2:04!

Wiemy już, że totalnie schrzaniłem strefy zmian. A jak dokładnie było na pływaniu, rowerze i biegu?

Czas łączny 4:36:07
Miejsce: 6/52 w generalce (11,5%) i 6/20 w kategorii M2
Pływanie: czas 35:52, średnie tempo 1:53, miejsce 18/52 (35%); klik do Endomondo;
Kolarstwo: czas 2:30:04, NP 252W, średnia prędkość 36 km/h, miejsce 8/52 (15%); klik do Endomondo;
Bieg: 1:25:44, średnie tempo 4:15 min/km (miejsce 3/52 – 6%), klik do Endomondo.

Chodzież to nieduża impreza, na mecie połówki zameldowały się 52 osoby, nie było więc pralki w wodzie. Chciałem ruszyć mocno, by złapać jakieś mocniejsze nogi i na tym popłynąć. Po jakichś 600 metrach poczułem jednak, że nogi są dla mnie za słabe i postanowiłem przyśpieszyć. Bez większego problemu wyprzedziłem dwóch zawodników przede mną i… zobaczyłem pustkę. Nie oznaczało to niestety, że jestem pierwszy, a raczej, że kto mocniej pływa – jest daleko z przodu.

Rozpoczęła się więc samotna walka z wodą. Po parunastu minutach zacząłem się zbliżać do kilku czepków przed sobą, ale ten fragment kosztował mnie zbyt wiele i nie byłem w stanie ich dogonić. Skupiłem się więc na swojej robocie, pilnowałem kadencji, pociągnięcia i… jeden czepek był coraz bliżej i bliżej… Z wody wyszedłem cztery sekundy później niż on. W wynikach widać, że przed nim jest 20-sekundowa dziura. Zmęczony, acz zadowolony pobiegłem do strefy zmian (tu zapada milczenie), a potem dzida na rower.

Zaczęło się od kolejnej wpadki, bo wskakując na rower, zahaczyłem nogą o bidon za siodełkiem i ten wypadł. Kolejnych kilkanaście sekund w plecy. „Pamiętaj nie przejmować się drobnymi potknięciami, rób swoje, skupiając się na tej konkurencji, która akurat trwa” – usłyszałem w głowie słowa trener Olgi. Sprawnie założyłem buty, łyk wody i w drogę.

Kadencja, pozycja, pilnowanie mocy – skupiłem się na „tu i teraz”. Miało być około 250W, może odrobinę więcej. Na drugiej pętli utrzymanie mocy było już trudniejsze niż na początku, ale wkrótce pojawili się zawodnicy z ćwiartki i zaczęło się coś dziać. Tu Remiś, tam Kaśka, przynajmniej było komu Pimpusiem zapiszczeć ;) Ach, no i nawrotka przy strefie zmian motywowała do mocniejszego naciśnięcia pedałów. Ktoś tam cudnie kibicował, więc z radością wracałem w te okolice i aż musiałem się powstrzymywać, by nie przesadzić z ciśnięciem, czekał mnie przecież jeszcze półmaraton (w Chodzieży ma 20,2 km).

Rower miał być mocny i szybki, wyszedł tylko mocny, fot. Ala

Udało się utrzymać moc do końca, a najszybszą pętlę (ostatnia) przejechałem o minutę szybciej niż najwolniejszą (pierwsza). Zrealizowane założenia ogromnie cieszą, zastanawiała mnie jednak niska prędkość, bo z niższej mocy w Sierakowie miałem 38 km/h, a teraz 36 km/h. Owszem, w Sierakowie jest szybsza trasa, ale żeby aż tyle? Nie wiem, na ile wpływ na to miało ocieranie koła (było lekkie), a ile kręta trasa ze zwężeniami, innych przyczyn nie znajduję.

Na ostatniej pętli wyprzedziłem Kubę Niedźwiadka z Kuźni Triathlonu, na początku biegu znów go dogoniłem, tyle czasu w strefie zmian spędziłem. Chłopak był mocno zdziwiony, ale pomknąłem dalej. Znów starałem się skupić na „tu i teraz”, acz w trajlonie to jest tak, że na każdym kolejnym etapie jest to trudniejsze. Pierwsze okrążenie (rozpoczęte oczywiście od wizyty w krzaczkach) przebiegłem jeszcze w miarę komfortowo (przy czym „w miarę” to słowo klucz). Na punktach piłem wodę i jadłem owoce (przez wolontariuszy jednego zostałem nazwany „miłośnikiem pomarańczy”), starałem się trzymać przelotowe tempo poniżej 4:10, by nadrobić minutę spędzoną w krzaczorach na pierwszym kółku.

Mógłbym chyba powiedzieć, że początek biegu był na granicy komfortu. Miałem myśl „mocniej”, ale rozsądek wygrał. Nie chcę się zakwasić i nie chcę umierać na ostatnich kilometrach. Spodziewam się, że będzie ciężko, ale moment śmierci w męczarniach chcę oddalić od siebie jak najbardziej.

Z każdym kilometrem utrzymanie tempa kosztowało mnie więcej. Pod koniec pierwszego okrążenia miałem tętno 164, pod koniec drugiego już 168, a na ostatnim na stałe weszło ponad 170 uderzeń na minutę. Odłączałem głowę od bólu i zmęczenia, kazałem jej się skupić na pracy rąk, spięciu mięśni brzucha i dobrej technice biegu. Udało się utrzymać równe okrążenia, ale na ostatnim z nich ból ud był już jednak nie do zniesienia. Zacząłem odliczać kilometry do mety, a potem – jak zwykle – kilometry zmieniły się w 400-metrówki, czyli okrążenia na bieżni na Agrykoli. „Jeszcze sześć Agrykol”, „jeszcze pięć i pół” i tak sobie powtarzałem co 200 metrów, sukcesywnie zbliżając się do mety.

To był całkiem fajny finisz :) / fot. BikeLife

Fascynuje mnie fenomen finiszu. Nie ścigałem się z nikim, nie było sprintu do mety, ale końcówka była dość mocna, po czym tuż po przekroczeniu linii osunąłem się na ziemię bez sił. Niesamowita jest ta zdolność organizmu do wykrzesania z siebie jeszcze trochę, jeszcze więcej, gdy widzimy ostatnią prostą. A potem linia mety i wielkie CIACH, człowiek pada.

Bardzo trudno mi ocenić swój występ w Chodzieży. Nie jestem zadowolony ani z czasu, ani z miejsca, bo liczyłem na więcej, jednak robota zrobiona w poszczególnych konkurencjach była zacna. No i okazało się, że pięć tygodni po Roth jestem już całkiem rześki, co dobrze wróży powtórce pełnego dystansu w Malborku – już za parę godzin!

Wykorzystane ubranie i sprzęt (wraz z komentarzem):
– tri-strój Huub Dave Scott Long Distance Suit Patriot POLAND – niedawno kupiony, świetny.
pianka Zoggs FX1 – chwaliłem już ją wiele razy i nadal jestem zachwycony. Świetnie się układa i turboszybko zdejmuje!
okulary Zoggs Predator Flex – pływam w takich od początku „kariery”, pasują!
– rower: Cervelo P3; koło P: DT-SWISS 55 mm, T: dysk Corima, szytki Continental;
– buty kolarskie SIDI T-3 Air Carbon Composite
– kask Bontrager Ballista
buty biegowe New Balance MZANTBB2 Fresh Foam Zante v2 ;
– zegarek Garmin 910XT.

Picie i jedzenie:
– na 2,5 h przed startem bułka z szynką i serem, druga na słodko. Przed startem jeszcze kawałek banana;
– na etapie rowerowym zjadłem jeden mały baton Chia Charge, a w jednym z bidonów za siedzeniem wyciśniętych miałem 6 żeli Huma;
– w drugim bidonie za siodełkiem izo;
– bidon na kierownicy (Xlab Torpedo – polecam!) wypełniony był wodą z rozrobionymi elektrolitami Nuun.

Taka nagroda, to nie byle co!

PS, zgodnie z deklaracją na fejsbukowej grupie Ultrarunning Polska, splagiatowałem w tej relacji Marcina Kargola. Kto pierwszy, w komentarzu, wskaże zdanie ukradzione od Sołtysa, otrzyma w nagrodę książkę sMentor, której jestem współautorem oraz brata bliźniaka Pimpusia :) Dodatkowo, za wskazanie tekstu, z którego pochodzi skradziony cytat (link lub tytuł), będą trzy żele energetyczne Huma :) Ktoś chętny do zabawy?

4 KOMENTARZY

  1. Wielkie gratulacje za Malbork wiszę TOBIE obiecane pączki (spotkaliśmy się na Grani Tatr my zbiegaliśmy do wodogrzmotów TY wchodziłeś do góry)

  2. Nie odbierz tego źle ale o ile pamiętam to z sikaniem to nie pierwszy raz.
    Czy miewałeś ostatni podobne problemy w trakcie treningu rowerowego lub po?
    Jeśli tak to może być początek, podrażnienia, zapalenia prostaty.
    (Nie mylić z przerostem)

    • Hej, Miałem w Roth i właśnie dlatego, gdy się powtórzyło, poszedłem do lekarza i mam już zaplanowane badania. Lepiej dmuchać na zimne i wszystko sprawdzić :)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here