Dawno do startu nie podszedłem na takim psychicznym luzie. Zrobiłem w tym sezonie, co chciałem, pod koniec zamarzyło mi się pobiegać po górach. Bo to lubię, bo jest fajnie, bo jadą pĄpkinsi. O skali luzu niech świadczy fakt, że praktycznie całą przedstartową noc sensownie przespałem.

Stres tylko trochę mnie dopadł po pierwszych 500 czy 600 metrach biegu. Ja wiem, że było lekko z górki, ale skoro mając średnie tempo poniżej 4:10 spadałem właśnie na około 20. pozycję, to jak szybko biegło te 19 osób przede mną? Zgodnie z podpowiedzią nie_pamiętam_kogo (dziękuję!) pierwszy strumyk ominąłem kładką po prawej stronie i o suchych stopach ruszyłem na pierwszy podbieg.

Na drugim kilometrze spadliśmy z Kubą do trzeciej dziesiątki. „To ja jestem tak słaby, czy oni tak głupi?” – zapytałem na widok ludzi, którzy na naprawdę stromym podejściu chyżo podbiegali. A co tam, najważniejsze robić swoje. Szczególnie że dookoła nas ukazały się powalające widoki.

Łemkowszczyzna – lubię to!

To był moment, w którym nie byłem jeszcze zmęczony, ale miałem ochotę zakończyć bieg. Położyć się na tej łące i po prostu patrzeć na góry. O matkoboskobiegowo, jak tam było pięknie! Pełna gama kolorów na drzewach, widoczność na grube kilometry i ciepłe światło poranka. Oj tak, chciało się tam zostać. Łemko to PRZEPIĘKNY bieg.

 

Ale przecież pojechałem się zmęczyć. „Biegnij swoje”, powtarzałem sobie te słowa wiele razy. Młody, który zaczął razem ze mną, wydarł do przodu, przez chwilę pomyślałem, by cisnąć z nim, ale nie. Nie, nie, nie. Bieg na 70 km to nie czas, gdy trzeba ścigać się na pierwszych kilometrach. Wzorem Rzeźnika z Beloskim pilnowałem tętna i cisnąłem.
Kuba powoli zaczął się oddalać, ale czułem, że nie widzimy się tego dnia po raz ostatni. Złożyło się tak, że po paru kilometrach byłem już sam. Ci, którzy chcieli pędzić, wydarli do przodu, inni zostali z tyłu, za mną ani przede mną żywej duszy.

Idealna intensywność biegu (mocno, ale nie za mocno), dobry nastrój i wyjątkowe okoliczności przyrody. Właśnie po to tutaj przyjechałem! Ach, jak dobrze mi było, za takim bieganiem tęskniłem! Las grał swoją symfonię kolorów, a ja z bananem na ustach wsłuchiwałem się w te dźwięki. Leśna symfonia co jakiś czas przełamywana była plaśnięciem błota, które próbowało mi ukraść buta, na szczęście stuptuty spełniły jedną ze swoich funkcji i utrzymały całość w ryzach. Bieganie ultra ma czasami wymiar niemal metafizyczny. I to właśnie były takie chwile. Pot się lał, sapałem, dyszałem i uśmiechałem się od ucha do ucha.

Pierwsze metry, szybko było! fot. Fot. Piotr Naskrent Maratomania.pl

Jadłem żele (Huma i Honey Stinger), piłem izo (Dextro) i robiłem swoje. Samotność ultrasa dość szybko się skończyła. Przede mną pojawiły się plecy paru zawodników, w pewnej chwili naliczyłem ich w zasięgu wzroku ośmiu i powoli zacząłem wyprzedzać. To była ta chwila, w której inni zaczęli już zwalniać, a ja nie. Na to właśnie liczyłem.

Dobre złego początki

I wtedy, na jednym ze zbiegów pojawił się dyskomfort na prawej pięcie. Nie czułem tam kamyczka, ale wyraźnie coś było nie tak. Z każdym krokiem bardziej. Próbowałem odciążać piętę i biec bardziej na palcach. Zobaczyłem Kubę i Młodego, ten drugi był już wyraźnie zmęczony. Dogoniłem szaleńca, pożaliłem mu się na bolącą piętę i podjąłem decyzję o postoju na przegląd stopy. Kontrola nie wykazała niczego niepokojącego, ale ból był coraz bardziej doskwierający. Korzystając z postoju, odcedziłem jeszcze kartofelki i ruszyłem dalej.

Wciąż napierałem z lekko zaciągniętym hamulcem, nie było jeszcze jęczenia i harczenia. Drugi raz dogoniłem Młodego, zgodnie z drużynową tradycją klepnąłem go w pośladek i pognałem dalej. Ale pięta wkurzała coraz bardziej. Bieg na palcach mocno obciążał łydki, bałem się, że je zarżnę.

Gdy zobaczyłem Izę i Paselaczka, którzy na ok. 15. kilometrze urządzili punkt kibicingu, na chwilę zapomniałem o problemach. Ależ ten chłopak ma donośny głos. Jak wydarł się „Krasuuuuuus!”, to aż się góry zatrzęsły. Love.

Chwilę później zaczął się początek mojego końca. Dłuższy odcinek asfaltem, raz w górę, a raz w dół. Kierwa, jak ta pięta mnie bolała… Na dodatek dostawała głowa, bo gdy asfalcik prowadził w dół, ja z bólu nie mogłem puści nogi. Gdy się hamuje na zbiegach to nie ma co, dobrze nie będzie. Do Iwonicza (21 km) dotarłem z myślami, że może tam ktoś mi pomoże. Pytałem kilka osób o plastry na odciski, sudokrem albo jakieś smarowidło, ale nikt nie umiał mi pomóc.

Początek zejścia

To jest już koniec, nie ma już nic

Z grymasem bólu ruszyłem dalej. Pokonanie miasteczka było mordęgą. Nie wiem, na co liczyłem, rozpoczynając podejście na Suchą, ale chyba na cud. Nie zdarzył się. Wtarabaniłem się na samą górę i już po 20 metrach zbiegu było bardzo źle. A po 100 metrach po prostu musiałem się zatrzymać. Odwróciłem się, założyłem kurtkę (jak dobrze, że była w wyposażeniu obowiązkowym!) i spacerem zszedłem kilka kilometrów do Iwonicza.

Mijałem masę znajomych i obcych ludzi, wielu pytało, co się stało, więc robiąc dobrą minę do złej gry odpowiadałem, że w tę stronę są ładniejsze widoki i dlatego tam idę. Z paroma osobami dłużej pogadałem, życząc im dobrej zabawy i powodzenia.

Każdy krok utwierdzał mnie w przekonaniu, że była to słuszna decyzja. Gdyby do mety było 5 czy 8 km, zagryzłbym zęby i do niej dotarł. Ale 45 km po górach? O nie, to byłoby za dużo. Jest poniedziałek, a moje łydki są jak z betonu, ledwie chodzę. Chcąc oszczędzić piętę, zarżnąłem sobie płaszczkowate i przez kilka dni nie mogę biegać.

 

Najpierw o swój problem oskarżyłem buty. Mudclawy doskonale trzymały się na błocie, ani razu nie poczułem jakiejś niepewności, nie przewróciłem się ani nawet porządnie nie poślizgnąłem. Ale to buty z ograniczoną amortyzacją, na twardej nawierzchni czuć jebitne kołki, które wbijają się w stopy, myślałem, że mój problem z piętą to ich wina.

Dopiero wieczorem przeprowadziłem bardziej wnikliwe dochodzenie i… Ech, szkoda gadać. Założyłem skarpety Inov-8 Speed. Sprawdziłem je wcześniej, biegało się dobrze, nie miałem więc o nie obaw. Ale przedobrzyłem. Chciałem, by nie było żadnych zagnieceń, dlatego bardzo mocno naciągnąłem je na stopę – granica pomiędzy piętą a podbiciem (te części skarpety są zrobione z różnych materiałów) przesunęła się na środek pięty. I to właśnie ona (popatrzcie na zdjęcia poniżej) uwierała mnie na zbiegach i doprowadziła do powstania odcisku.

Schodzenie z trasy jest słabe. Nigdy nie zszedłem z niej, bo jest mi ciężko, albo mi się nie chce, ale tam, w sobotę ból był taki, że 45 km, które miałem przed sobą, absolutnie mnie przerosło. Stan moich płaszczkowatych dziś (nie ma jak napisać relację w poniedziałek, ale dokończyć ją w piątek) potwierdza, że na dotarcie do mety nie miałem żadnych szans. Ogromnie żałuję, bo tegoroczne Łemko miało idealną pogodę, widoki były powalające i aż chciało się napierać. Dopóki nie pojawił się problem, szło jak miało iść i miałem poczucie, że mimo narastającego zmęczenia tempo było dla mnie do utrzymania. Dziś mogę sobie tylko pluć w brodę, bo – jakby na to nie patrzeć – to był mój błąd.

A po wszystkim, jak zwykle pĄpkinsowe świętowanie. Mimo wielu DNF-ów, atmosfera wieczorem była zacna. Kto się miał wysmutać, ten się już wysmutał i bawiliśmy się przednio. Tylko szkoda było w niedzielę wyjeżdżać, oj szkoda.

Viva najpiękniejsi!

Łemkowyna Ultra-Trail 70 km

Zdjęcie główne autorstwa Janusza Jędrzejczyka

DNF, zejście po 25 km (zrobionych w 2:57), kilku-kliku do Endomondo.

Sprzęt i ubranie:
buty Inov-8 Mudclaw 300 (do kupienia w Natural Born Runners);
stuptuty krótkie Inov-8 (do kupienia w Natural Born Runners);
skarpety Inov-8 Speed (do kupienia w Natural Born Runners);
leginsy 3/4 Newline;
pĄkoszulka Newline Base Cool Tee (do kupienia w Natural Born Runners);
rękawki w Czachy od Halfworn;
czapka NBR;
kurtka Inov-8 Race Ultrashell (do kupienia w Natural Born Runners) założona po rezygnacji;
plecak do biegania Adidas Terrex Speed Backpack;
Garmin 910 XT.

Jedzenie/picie:
Wypiłem pół litra izotonika Dextro (do kupienia w Natural Born Runners) i 0,3 litra wody;
Zjadłem:
baton energetyczny Chia Charge (do kupienia w Natural Born Runners);
1 żel Honey Stinger (do kupienia w Natural Born Runners);
4 żele Huma (do kupienia w Natural Born Runners);
Na punkcie w Iwoniczu dwa ciacha i 0,3 litra coli.

4 KOMENTARZY

  1. Kurcze ciekawe – ja w tych skarpetach biegłem Rzeźnika i nic. Ale nic, ciesz się, że tylko tyle; moja Łemkowyna poszła się paść parę miesięcy temu – nikomu nie życzę przeciążonych przywodzicieli, już lepiej chyba pozrywać wiązadła.

    • Wiesz, to też kwestia rozmiaru. Ja mam stopy 44, skarpetki są 43-46, więc bardziej większe niż mniejsze. Za mocno je naciągnąłem i się wszystko przesunęło.. Drobiazgi, pierdoły…

  2. Zdarzyło mi się to samo. Para innych skarpet w plecaku nie jest wtedy złym rozwiązaniem. Te skarpety potrafią się przesunąć albo przy chodzeniu (te skarpety + speedcrossy) nawet się podwijają. Ja zrezygnowałem z mocnej kompresji i przerzuciłem się na skarpety Inov8 w normalnym treningu. Ale jednak w momencie, w którym chcę mieć pewność, ze nic się nie przesunie, wracam do compressportu. Inov8 jest specyficzny: i buty (Rocklite 280), i skarpety nie do końca mi leżą.

    • Gdybym ja kurde doszedł do problemu na trasie, to może bym od razu naprawił i pobiegł dalej, ale źródło swoich kłopotów znalazłem dopiero wieczorem na kwaterze..

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here