Nie da się ukryć, że tegoroczne roztrenowanie to ja zaliczyłem na pełnej petardzie. A właściwie, to bliższe prawdy będzie określenie „na pełnej misce”. Miska wypełniona była wszelkim dobrem tego świata, po samiuśkie brzegi! Niby jadłem sensownie zbilansowane pudełka, ale sowicie uzupełniane przez takie atrakcje jak burgery, kebaby, pizza, kanapki, chipsy i słodycze – dużo słodyczy.

O różnych porach dnia te słodycze. Przy okazji posiłków, przed nimi, po nich oraz – co oczywiste – pomiędzy, jako przekąska. Był kebab po północy, było testowanie nowych smaków chipsów (jakoś jestem tu konserwatywny, najbardziej lubię klasyczne) i wypady na browar, a przecież do piwa zawsze warto coś przegryźć, prawda?

A ja rosnę i rosnę…;)

Zuch Krasus, więcej grzechów dotyczących odżywiania to popełnić chyba nie mógł! Czy w tej sytuacji uzasadnione byłoby zdziwienie kilogramami, które niczym Filip z konopii wyskoczyły na mojej wadze?

Moja ulubiona waga startowa to 72 kg, tyle miałem wiosną 2016 r. kiedy pobiegłem Półmaraton Warszawski poniżej 1:19, świetnie się wówczas czułem i był power do treningów. W tym roku wystarczyło mi trzymać 73-74, bo na ajrona warto mieć z czego palić kalorie. I tak w sezonie było. Po Malborku wciąż ładowałem kalorie, a trenowałem mniej. Dużo mniej. Taki stan „trochę trenuję i dużo jem” trwał dwa miesiące. Regularnie się ważyłem, było mnie coraz więcej, co skrupulatnie zapisywałem w Endo, ale nic z tym nie robiłem. „Zacznę trenować i zejdzie”.

Zacząłem trenować. Najpierw mało, potem coraz więcej, przekroczyłem 10 godzin w tygodniu, wszystko było fajnie tylko… waga ani drgnęła. Nic. Ani grama w dół, wręcz nadal trochę w górę! Byłem przekonany, że w pierwszym miesiącu rach-ciach zrzucę połowę niepotrzebnego przyrostu, a tu kicha. Nic i to mimo ograniczenia dostaw słodyczy! Waga ani drgnęła… I nie pomógł nawet magiczny magnes od MKONa (i Ty możesz mieć swój, a przy okazji pomagać dzieciakom, szczegóły na blogu Marcina) dumnie przyssany do lodówki.

Trzeba było więc wytoczyć najcięższe działa. Postanowiłem więc zainwestować w spotkanie z dietetykiem sportowym, po rekomendacjach kilkorga zadowolonych znajomych, zapisałem się do Jagody Podkowskiej z High Level Diet. Ponad tydzień oczekiwania na spotkanie nie zmienił nic, sadło nie wystraszyło się spotkania z ekspertem i coraz wygodniej mościło się na budowanych w pocie czołach mięśniach.

Bo mięśnie naprawdę były rzeźbione. Z Maćkiem Jarzembowiczem na basenie robiliśmy sobie heheszki, że te mocne mięśnie to na zimę przykrywamy pierzynką by było im ciepło, no jasna sprawa! Ale w pewnym momencie przestało być mi wesoło. A już po wizycie w HLD, mina zrzedła mi solidnie. Pomiar wskazał bowiem, że mam prawie 20 proc. tłuszczu w ciele. DWADZIEŚCIA PROCENT. O mili Państwo, mamy tu solidne zasoby sadła. Powiem tylko, że wyczynowy trajlończyk powinien mieć 9-13 proc. Dobrą wiadomością jest, że wszelkie inne wskaźniki dotyczące jakości i składu ciała mam dobre lub bardzo dobre. No ale 7 kg sadła do zrzucenia, brzmi imponująco, co?

Czy warto iść do dietetyka sportowego?

Kompleksowa wizyta w HLD to wydatek ponad 300 złotych. To fura kasy. Mam jednak poczucie, że to dobra inwestycja, bo przełoży się (pod warunkiem o którym za chwilę) nie tylko na wyniki sportowe, ale i na zdrowie. Tak to w sporcie jest, że najlepsze inwestycje to te, których nie widać: fitting, dietetyk i fizjoterapeuta. Cóż, wizytą u dietetyka nie zbierze się tyle lansu na dzielni co pełnym kołem w rowerze, ale jak zrzucę to 7 kilo zbędne, to planuję wyglądać jak młody buk!

O jakim warunku mówię? Cóż, największą wadą dietetyka sportowego jest fakt, że sama wizyta niczego nie daje. Trzeba się jeszcze ogarnąć i zalecenia stosować na co dzień. Odstawić trochę węgli na rzecz zdrowych tłuszczy roślinnych (na szczęście lubię wszelkie orzechy!), przestać popijać co drugi posiłek sokiem lub colą i zrezygnować ze słodyczy pomiędzy posiłkami. Dostałem rozpiskę zależną od planu treningowego (dzień bez treningu, dzień z porannym treningiem, dzień z popołudniowym treningiem, dzień z wieczornym treningiem i dzień z dwoma treningami) i mam zamiar wreszcie wziąć się do roboty. Jak pod koniec marca na cyferblacie będzie 10-11 proc. tłuszczu i 72 kg, to Jagodzie kupię chyba pudełeczko Merci albo Raffaello. Albo zabiorę ją na Górczewską na pączki. Cholera, problem polega na tym, że ja naprawdę uwielbiam jeść…

Trzeba się wziąć za siebie, zakasać rękawy i zapieprzać.

Jak już w końcu zacznę trenować po tej pieprzonej ospie.

2 KOMENTARZY

  1. A czym robiony miałeś pomiar składu ciała? Tanitą?

    Pytam, bo testowałem trzech urządzeń – zwykła łazienkowa waga (ale z wyższej półki) wskazała 21% FAT, tanita – 16%, natomiast jakiś ultra pro laserowy pomiar wskazał 18.
    Dość duża rozbieżność.

    • Dietetycy mają pro narzędzia, kładziesz się i podpinają kilka elektrod (na ręce i na nogi), z tego co wiem, to jest to dużo lepszy pomiar niż jakakolwiek waga. Na wydruku jest napisane „BODYGRAM – qualitative and quantitative body composition analysis AKERN S.r.l. Bioresearch”

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here