– Ciekawe, jak będziesz się czuł w poniedziałek wieczorem – rzuciła A w czwartek poprzedzający start w moim drugim ajronie w życiu, w Malborku.
– Jedno wiem: będzie bolało.

Nie pomyliłem się, bolało jak diabli, ale… przyznam, że mniej niż po Roth (ktoś może nie czytał relacji?), a to przecież ledwie osiem tygodni odpoczynku było. Nigdy nie czułem takiego wyczerpania całego organizmu jak wtedy. Solidnie bolały za to czwórki, dwójki i coś pod kolanami.

A pomijając ból?

Ależ to była duma, radość i satysfakcja. 9:45 to nie jest czas marzeń, ale już naprawdę bardzo dobry rezultat, no i piąte miejsce open i trzecie w kategorii. Wreszcie udało się triathlonowe pudło zaliczyć i to od razu na pełnym dystansie! Tego dnia w tym miejscu dałem z siebie bardzo dużo, niewiele dałbym radę poprawić, ale… Długi dystans to ciągła nauka, jestem przekonany, że w kolejnym miejscu i czasie wynik byłby jeszcze lepszy.
Choć prognozy pogody były początkowo całkiem przyjazne (16–20 stopni i słaby wiatr), to malborska aura pokazała pazur, ło, i to jaki! W trakcie zawodów były słońce, tęcza, mały grad, pizgawica taka, że zapierała dech, i deszcz. Sporo deszczu. Właściwie to na drugiej pętli rowerowej z nieba waliło żabami. Przynajmniej było co jeść ;)

Na biegu też trochę padało / fot. Paweł Naskrent, maratomania.pl
Na biegu też trochę padało / fot. Paweł Naskrent, maratomania.pl

Czego nauczyłem się podczas swojego drugiego startu na pełnym dystansie?

1) Nie umiem sikać w trakcie pływania

Kiedy w połowie dystansu pływackiego zegarek pokazał mi 36,5 minuty, uwierzyłem, że ten etap ukończę w 1:12–1:13. Płynąłem mocno, ale komfortowo, czułem się świetnie. Prawie idealnie. Prawie. Coraz większy dyskomfort odczuwałem bowiem w pęcherzu. Mimo tradycyjnego wysiku w piankę tuż przed startem, miałem poczucie, że zaraz mnie rozsadzi.

BO (też była w Malborku!) opowiadała, że bez problemu sika w trakcie pływania (mam nadzieję, że nie na basenie!), o tym, że wystarczy rozluźnić nogi słyszałem też od paru innych osób. Skoro inni potrafią, to czemu ja mam sobie z tym nie poradzić? A jednak. Całe trzecie okrążenie próbowałem się odlać. Wyłączałem nogi, machałem tylko rękoma, cisłem, cisłem i… nie wycisłem. Przez to, że skupiłem się na czymś innym niż pływanie, trzecią pętlę popłynąłem 2–3 min wolniej (20,5 min). Wkurzony ruszyłem na ostatnią, wróciłem do swojego rytmu i tempa, z wody wychodząc po 1:15:19, o 2:20 szybciej niż w Roth. Lekko się uśmiechnąłem, ale cisnący pęcherz odbierał radość z poprawy.

Z wody wybiegałem lekko zawiany;) / fot. Paweł Naskrent, maratomania.pl

2) Strefa zmian to inwestycja

Na krótkich dystansach chodzi o to, by przez strefę zmian przemknąć jak burza. Da się 10 km przebiec na boso, da się z lekko podwiniętą skarpetką itd. Ale pełen dystans ni chu-chu. Tu musi być wszystko idealnie. Deszczowa pogoda i niefortunnie umiejscowiona strefa zmian sprawiły, że gdy wbiegałem do T2, moje stopy były mokre i ubłocone. Poświęciłem więc minutę lub dwie, by je wytrzeć i porządnie założyć skarpetki. Do tego klasyczny dosik w tojku i ruszyłem na maraton.

Warto jednak pamiętać, by czas spędzony w strefie zmian był czasem efektywnym. Nie chodzi o to, by tam wypoczywać, a by sprawnie zrobić co trzeba w jak najkrótszym czasie.

Celinka <3 / fot. Paweł Naskrent, maratomania.pl
Celinka <3 / fot. Paweł Naskrent, maratomania.pl

3) Flat is hurting

Przed startem w Roth Olga mówiła, że tamtejsza trasa jest korzystna, gdyż jej pofałdowanie pozwala czasem odpocząć nogom i trochę zmienić pozycję. Trasa w Malborku jest idealnie płaska, nie ma tam nawet 200-metrowego podjazdu. Na krótsze dystanse to świetne rozwiązanie, ale w przypadku IM może być kłopotem. Na trzeciej pętli zaczęło mnie już boleć uciskane dupsko i coraz bardziej wierciłem się na siodełku. Niestety, taki dyskomfort utrudnia jazdę w pozycji aero, a przecież to jeden z najważniejszych aspektów etapu rowerowego podczas zawodów triathlonowych. Przestrzegam więc wszystkich przed poszukiwaniem najbardziej płaskiej trasy na IM.

Poprawa pozycji oreo to jeden z celów na 2018. Będzie szybciej! / fot. Paweł Naskrent, maratomania.pl

4) #żryjzcałychsił

Wiedziałem to z mojego wcześniejszego doświadczenia, ale w Malborku się potwierdziło – trzeba jeść! Pierwszych kilka kilometrów roweru (to znów inwestycja) poświęciłem na dożywienie. Wjechała więc bułka z masłem, żółtym serem i dżemem truskawkowym. Z wody wyszedłem w jednej trzeciej stawki (58/179), miałem przed sobą trochę słabszych kolarzy i nawet jedząc bułkę w górnym chwycie, już ich wyprzedzałem.

I liczyłem. Na pierwszych 20 km (pod wiatr) wyprzedziłem 23 rywali. Irytowało mnie to, bo wiedziałem, że czołówka jest 10–15 min z przodu, a rowery ma mocniejsze ode mnie. Po nawrotce widziałem Andrzeja i Twistera, jak mkną w drugiej dziesiątce i niechybnie zbliżają się do TOP5, acz obecność w tym miejscu tego drugiego mocno mnie zdziwiła, bo normalnie pokonuje dystans pełnego w godzinę. Potem okazało się, że przykozaczył, płynąc w swojej poobcinanej piance i wychłodził się w wodzie.

Okolice strefy zmian, czas coś zjeść;) / fot. Paweł Naskrent, maratomania.pl

5) Waty ponad wszystko

Starałem się pilnować watów, bo średnia prędkość nie nastrajała optymistycznie. Po 15 km było to mniej niż 33 km/h. Tłumaczyłem sobie, że to wiatr, i starałem się robić swoje, moc wyższa niż 220–225 watów i jazda. Po zmianie kierunku okazało się, że miałem rację, prędkości wzrosły do 38–39 km/h i pierwszą pętlę zakończyłem w nieco ponad 1:15, zgodnie z planem na zakręcenie się w okolicy pięciu godzin.

Z drugiej pętli pamiętam niewiele. Właściwie głównie pamiętam wiatr, deszcz, mały grad i wodę wlewającą mi się do lewego buta. Okazało się, że Celinka jest tak skonstruowana, że jak leje deszcz, to woda spod tylnego koła szerokim strumieniem wali się do lewego buta. Wkurw na warunki dodał mi sił i w drugiej pętli średnia za najszybszą piątkę (tak miałem ustawionego autolapa) przekroczyła 40 km/h, a znormalizowana moc piątki dwukrotnie wyskoczyła ponad 240 W. Po dwóch i pół godzinie z sekundami zameldowałem się przy strefie zmian po raz drugi.

I… znów zachciało mi się siku. Jechanie z pełnym pęcherzem w pozycji czasowej nie jest ani łatwe, ani przyjemne, ale na płaskiej trasie w Malborku opróżnienie go w czasie jazdy nie jest proste, bo nie ma gdzie stanąć w pedałach, by odcedzić kartofelki. No nic, jakoś się udało, choć trochę się z tym męczyłem. Podobnie jak godzinę później, na czwartym kółku…

Narastające zmęczenie, sikanie i dyskomfort środkowej części ciała sprawiły, że trzecia pętla była nieco słabsza niż druga, a czwarta najsłabsza, acz tutaj zwolniłem nieco umyślnie, by nie zajechać się przed maratonem. W sumie na waty nie mam co narzekać, bo kolejne okrążenia zakończyłem znormalizowaną mocą na poziomie 225 W, 232 W, 227 W i 220 W. Za wyjątkiem ostatniego, najsłabsze 5 km zrobiłem z mocą 216 W, a najmocniejsze – 242 W. Dało to 5:00:36 i czwarty czas etapu rowerowego na jakieś 170 osób. To T2 zjechałem z uśmiechem na ustach – zadowolony z wyniku, no i z faktu, że nie muszę już siedzieć na siodełku ;)

6) Równy maraton w IM – da się!

To co dziś, trzy miesiące po starcie, najbardziej pamiętam z Malborka, to pierwsze i ostatnie metry maratonu. Nie umiem tego Wam wytłumaczyć, ale zaczynając bieg czułem, że to się uda. Kurde, no naprawdę to wiedziałem! Byłem już bodaj 10. open i miałem pewność, że będzie tylko lepiej, że parę osób jeszcze wyprzedzę. W Roth na maraton ruszałem z przerażeniem, bo czułem się słabo. Teraz wybiegłem z wyczekiwaniem na bieg i motywacją jak ta lala. Po kilkudziesięciu metrach od opuszczenia T2 czekali moi kibice. Spotkanie A na trasie to zawsze radość i zastrzyk adrenaliny, tym razem swoje dołożył jeszcze Kris, który dla zmotywowania pokazał … cycki :)

Ach, jak bardzo żałuję, że to zdjęcie jest lekko nieostre! / fot. Paweł Naskrent, maratomania.pl

Pierwsze kilometry to zapoznanie się z nowym dla ciała stanem pod tytułem „biegnę”. W głowie powtarzałem sobie „spokojnie, nie przepalaj, rób swoje!” i próbowałem biec po 4:30–4:35. Od początku obficie korzystałem z punktów odżywczych, co obniżało nieco średnie tempo, bo zawsze zwalniałem, a czasami nawet przechodziłem na 10 kroków do marszu. Ale znów nie ma się co przejmować: to była inwestycja!

Jak to na zawodach z pętlami bywa, na mapie okrążenia miałem w wyobraźni zaznaczone najważniejsze punkty, pomiędzy którymi odległości były znacznie mniejsze niż 42,2 km maratonu.

Strefa mety

Fajnie, gdy konferansjer zwraca uwagę na to, kto przebiega koło mety, a nie ogranicza się do tych przekraczających linię. Za każdym razem Wania wywoływał mnie przez mikrofon, komentując jak mi idzie. „Krasus wygląda świeżo!”, „Chyba jest ciężko, oj Krasusie, dobrze to nie wygląda!”, „Ależ pięknie Krasus walczy!” – takie mniej więcej były komentarze prowadzącego imprezę. A Krasus spoglądał na zegarek i się uśmiechał. Pierwsza pętla w 49:13, druga 49:38, potem 49:44 i 49:17. Średnie tempo najszybszej to 4:40, a najwolniejszej 4:43 – choć wcześniej wydawało mi się to prawie niemożliwe, to w IM można pokonać maraton, biegnąc równo i mocno od startu do mety! Zresztą, tak samo równo było na etapie rowerowym i jest to zdecydowanie powód do dumy. Zuch Krasus!

Z każdym kilometrem moja wiara w powodzenie rosła. W Roth była okrutnie trudna walka, były wzloty i upadki, wielokrotnie chciałem położyć się w rowie i nie biec dalej, tu natomiast zupełnie inaczej: skoncentrowałem się na celu, a myśli o odpuszczeniu w ogóle nie wchodziły w grę. Oczywiście, że było kurewsko ciężko. Zmęczenie mięśni po siedmiu czy ośmiu godzinach wysiłku jest już ogromne, zasoby energetyczne na wykończeniu i wtedy właśnie walczy się głową, a tego dnia była ona moim sprzymierzeńcem, bo…

Ukochana tu, Ukochana tam

Biegowa trasa w Malborku ma swoje wady, ale ma zaletę, którą trudno przebić. Na 10,55-kilometrowej pętli można swojego kibica spotkać czterokrotnie :) Nic więc dziwnego, że najważniejszymi punktami na trasie były dla mnie te, w których czekała A. Czasami widziałem ją z daleka, czasami pojawiała się nagle. Zawsze z dobrym słowem dla ducha i komunikatem dotyczącym rywalizacji. „Jesteś dziewiąty!”, „Jesteś siódmy, do szóstego trzy minuty” „Trzeci w kategorii, czwarty biegnie dużo wolniej, nie masz się co go obawiać, walcz!”. Wiedziała absolutnie wszystko! Takie wsparcie drugiej osoby jest jedną z najlepszych rzeczy, jakie może spotkać wyczynowego sportowca. #sprawdzoneinfo!

Nie znam Pawła, ale za to zdjęcie chciałbym mu kiedyś postawić piwo :) / fot. Paweł Naskrent, maratomania.pl

Ostatnie okrążenie było najfajniejsze. Z każdym krokiem bardziej cieszyłem się z tego, co mnie czeka – upragniona meta przekraczana z uniesionymi rękoma i pĄpki za nią. Miałem bezgraniczne poczucie, że nic złego mnie już nie spotka. Moje nogi nie znają pojęcia „skurcze” i choć każdy metr sprawiał mi ból, przyjmowałem go na klatę. Ciężko było wpychać w siebie kolejne żele, na ostatnich kilometrach jadłem więc pastylki Dextro. Takie oszukiwanie mózgu działa całkiem nieźle i dowiozło mnie do mety.

Na 500 m przed nią wyprzedziłem jeszcze jednego zawodnika (potem okazało się, że był ze sztafety), przebiegłem przez mostek i ostatnia prosta. Kocham, kocham ostatnie proste! A na zawodach, w których jestem zadowolony z wyniku, to już kocham do potęgi co najmniej trzynastej, kocham miłością nieskończoną!

I choć finisz w Malborku nie jest nawet w jednej czwartej tak spektakularny jak w Roth, to dla mnie był spełnieniem marzeń. Od dwóch lat obijałem się o różne pudła na triathlonach i w końcu się udało. O ponad 20 min poprawiłem debiutancki wynik z Roth. Pojechałem rower w niewiele ponad pięć godzin (równe pętle!) i pokonałem maraton w mniej niż 3:18 (równe pętle!). Było się z czego cieszyć. Owszem, patrząc na czasy tych, co byli przede mną, to powinienem 2–3 min urwać na strefach zmian, no i na pływaniu z 10, ale przekraczając 3 września metę w Malborku jednego byłem pewien: tego dnia dałem z siebie absolutnie wszystko.

Ostatnia prosta była istną erupcją emocji w mojej małej, ale jakże wówczas szczęśliwej główce.

Ulga, że to już koniec wysiłku. Bo choć za metą też boli i to jak cholernie, to przynajmniej nie trzeba się ruszać.

Radość, bo kurde w końcu, po dwóch latach dobijania się, wskoczyłem na podium. I to w ajronie!

Duma, że się udało. Że można w pierwszym sezonie zrobić dwa ajrony i w drugim z nich rozwalić kilka kiosków, a przecież rok temu to ja chodziłem o kulach po operacji stopy!

Wzruszenie, bo w takich chwilach zawsze się wzruszam.

I takie poczucie, że lecę jak na skrzydłach między kibicami stojącymi przy barierkach. Ostatnia prosta to zdecydowanie ulubiony odcinek każdych udanych zawodów. To jedna z chwil, w którym wiem, po co uprawiam sport.

Pierwsze tri-pudło ever i to w ajronie! / fot. Paweł Naskrent, maratomania.pl

Castle Triathlon Malbork, dystans IM – statystyki i wskazówki

Czas 9:45:53
Miejsce: 5. na 175 na starcie (open) – 3%; 5/168 (mężczyźni) – 3%; 3/42 (M35)
Pływanie: 1:15:19, średnie tempo 1:59/100 m (miejsce 57/175 – 33%, klik do Endomondo;
Strefa zmian T1: 6:08 (miejsce 28/175 – 16%);
Rower: 5:00:36, średnia prędkość 35,9 km/h, znormalizowana moc 227 W (miejsce 4/173 – 2%), klik do Endomondo;
Strefa zmian T2: 5:58 (miejsce 60/173 – 35%);
Bieg: 3:17:52, średnie tempo 4:41 min/km (miejsce 4/173– 2%), klik do Endomondo.

Wykorzystane ubranie i sprzęt (wraz z komentarzem):
– tri-strój Huub Dave Scott Long Distance Suit Patriot POLAND – kupiony przed Roth, podtrzymuję opinię: jest świetny! Wkładka oczywiście skromna i po 4 h roweru czułem już dupsko, ale dało się jechać i podczas biegu już było OK. Strój jest bardzo oreo, nic nie furkocze, nie lata, no i podobno dobrze w nim wyglądam ;)
– pianka Zoggs FX1 – chwaliłem już ją wiele razy i nadal jestem zachwycony. Świetnie się układa i turboszybko zdejmuje!
– okulary Zoggs Predator Flex – pływam w takich od początku „kariery”, pasują!
– rower: Cervelo P3; koło P: koło P: DT-SWISS 55 mm, T: dysk Corima, szytki Continental – skompletowany w połowie sezonu (zakup dysku), wszystko działa super!
– buty kolarskie SIDI T-3 Air Carbon Composite
– pożyczone od Krisa (dziękuję!!) nakładki na buty, świetna rzecz
– kask Bontrager Ballista
– buty biegowe New Balance MZANTBB2 Fresh Foam Zante v2 – stare dobre Zante. Sprawdzony model butów to najlepszy możliwy!
– zegarek Garmin 910XT – aż trudno w to uwierzyć, ale tym razem nie było z zegarkiem żadnego fuck-upu!

Picie i jedzenie:
– poszczęściło nam się z hotelem, specjalnie dla startujących zawodników podano śniadanie już o 4 rano, tradycyjnie zjadłem jedną bułkę z wędliną i serem, a drugą z dżemem. Przed startem jeszcze kawałek banana
– w T1 miałem kolejną bułkę – z żółtym serem i dżemem, tak samo jak w Roth, świetny patent. Bułkę chowam pod tri-strój i wyciągam na pierwszych kilometrach roweru.
– dodatkowo na etapie rowerowym zjadłem półtora batona Chia Charge (czekały na mnie w torebce na ramie), a w jednym z bidonów za siedzeniem wyciśniętych miałem mieszankę kilkunastu owocowych żeli Huma i Honey Stinger. Zostało trochę na dnie, może jeden, może dwa żele, zatem zjadłem 11–12 sztuk.
– w drugim bidonie za siodełkiem miałem izo, po wypiciu go, bidon wyrzuciłem i na punktach dobierałem kolejne.
– bidon na kierownicy (Xlab Torpedo – polecam!) wypełniony był wodą z rozrobionymi elektrolitami Nuun. Kolejne tabletki do rozrobienia miałem schowane w torebce na ramie i na punktach brałem wodę, wlewałem w bidon i wrzucałem tabletki. Świetne rozwiązanie.

Wszystkie zdjęcia w tekście zostały zrobione przez Maratomanię.

3 KOMENTARZY

  1. Gratulacje ! Jedno pytanie: Jechałeś pełny na szytkach. Jakiś zestaw naprawczy brałeś ? Jeśli tak to jaki ? Wypełniałeś mleczkiem szytki ?

    • Hej, ja jestem z tych ryzykantów. Jeżdżę na szytkach, a ze sobą mam tylko uszczelniacz (przytraczam go do koszyka na bidony za siodełkiem). Nie wiem, może to moje szczęście, a może styl jazdy, ale przez kilka lat jeżdżenia nigdy nie złapałem gumy.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here