Zewnętrzny obserwator bez cienia wątpliwości uznałby, że to jakaś patologia. Nie, nie „jakaś patologia”. „Chorzy patole!” – o tak by o nas powiedział i to wcale nie cicho pod nosem, tylko donośnie, tak by inni słyszeli. Bo jak inaczej nazwać sytuację, w której BO i ja jesteśmy współrodzicami kilku dziesiątek Smashing Pąpkinsów, a nie jesteśmy tymi współrodzicami sami, bo przecież Baziu (mały foch za zlikwidowanie bloga) i Ravciu (tu nadal można czytać: Kliku-kliku) też są ojcami tychże dzieci? Dzieci, które mają jedną pĄmatkę i aż trzech pĄojców. A żeby było ciekawiej, to jesteśmy też z BO bratem i siostrą. To znaczy ja jestem siostra, a Bo to brat.

Proste, nie?

pĄrodzice w pełnej krasie. Tak trzeba żyć! / fot. Smashing Pąpkins (nie wiem kto dokładnie)
pĄrodzice w pełnej krasie. Tak trzeba żyć! / fot. Smashing Pąpkins (nie wiem kto dokładnie)

No więc czy w sytuacji tych dziwnych koligacji, przy których Gra o Tron czy Moda na Sukces to mała rodzinna imprezka, dziwić może fakt, że moment, gdy zimowe treningi zrobiły „KLIK”, nastąpił u BO i u mnie niemal jednocześnie? :)

BO napisała w sobotę na FB, że trening jej dobrze wyszedł, że się jara. Ależ pozazdrościłem, bo u mnie szło dotąd opornie w każdej z dyscyplin. Pływam jakbym o życie walczył, waty na rowerze dziecinne, a jak biegnę, to o flow, w którym człek czuje, że frunie, mogę tylko pomarzyć. No i ledwie dzień po fejsbukowym poście BO nastąpiło „zalogowanie” i u mnie.

Do rutyny systematycznych treningów doszło wreszcie to, co kluczowe – te treningi wchodzą! Jeszcze tydzień temu 8-kilometrowe rozbieganie sprawiało, że byłem potem dętką przez pół dnia, a w poniedziałek zrobiłem 13 km z uśmiechem na ustach. Tegoroczne logowanie się trwało u mnie dłużej niż zwykle, a to przez ospę i trochę więcej dodatkowych kilogramów. Dwa tygodnie w domu wybiło z rytmu, a osłabienie spowodowane chorobą tylko to spotęgowało, a wracając do treningów znów miałem 77-78 kg.

Dzień z życia. Rano pływanie, potem jedzenie, a po pracy crossfit – trzy torby w bagażniku.

Choć od formy biegowej sprzed dwóch lat dzieli mnie przepaść, to brakowało mi przyjemności z biegania, takiej czystej radości z chwili. Nie musi to być bardzo szybkie tempo, musi za to być lekko i świeżo. Pierwszy raz od lat regularnie biegam z muzyką, by choć trochę frajdy z tego biegania było.

No i właśnie w poniedziałek wieczorem na fajnie oświetlonym Bulwarze Wiślanym, słuchając The Killers, Soundgarden, Pearl Jamu i paru innych ulubionych wykonawców podrzuconych mi przez Spotify, zdałem sobie sprawę, że mam w nogach 4 km, biegnę po 4:50 i nie cierpię. Że biegnę, a nie macham bez ładu i składu nogami.

Małe wspomnienie ze Szklarskiej, ta zakładka to było coś! / fot. Olga

A dzień wcześniej najpierw poczułem przyjemność z pływania (wartość graniczna pomiędzy „płynę”, a „walczę o życie” to w moim wypadku 2 min/100 m), by wieczorem zauważyć, że 205 W na rowerze to znów tlen i po 90 min z taką intensywnością schodzę z roweru na luzie.

Zaczyna się trenowanie, które lubię najbardziej. Będzie ciężko ze względu na obciążenie, a nie samo robienie treningu. W ostatnich tygodniach miałem już nawet myśli, by rzucić to w diabły, to był niezły test dla głowy i motywacji. Udało się, bo dzięki wsparciu Ali robiłem swoje i w końcu faktycznie zaskoczyło. Zalogowałem się!

Oby teraz nie spieprzyło się nic zdrowotnie i obym nie przesadził w drugą stronę i nie odpłynął (świetny tekst BO na ten temat: kliku-kliku), a będzie dobrze :)

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułTen z wytopem i siedmioma kilogramami sadła
Następny artykułTen z pięćsetką na koniec roku
Krasus – biegacz, napieracz, triathlonista i pĄpkins pełną gębą. Jego filozofia uprawiania sportu łączy ciężką pracę i ciągłe dążenie do bycia lepszym z dobrą zabawą, bo przecież w życiu chodzi o to, by było fajnie. Zrobił swoje jeśli chodzi o uklepywanie asfaltu i teraz realizuje się w terenie. W lesie, z mapą czy w górach czuje się jak ryba w wodzie!

2 KOMENTARZY

  1. Rzeczywiście. Jest coś w tym co piszesz! Sam przeszedłem ostatnio ‚zalogowanie’ chociaż niekoniecznie widać to po tętnie biegowym ;) Ale co gorsza – u mnie zalogowanie i wylogowanie następuje co 24h. Raz jest luz blus, a raz zgon i cierpienie. Jak żyć,haha:) A co do tekstu Bo z odpływaniem – trafione w punkt, dodane do zakładek i będę czytać za każdym razem gdy przesiedzę nad trainingpeaks cały wieczór ;)

    • Takie co 24h u mnie wynika ze zmęczenia. Np. pocisnę wieczorem na bieganiu (bo jest git) to nie ma szans na to, by było dobrze i mocno na pływaniu rano na drugi dzień. I to jest normalne – BOżenka też tak ma, nazywamy to sobie falowaniem. To inna sprawa niż zalogowanie, które jest bardziej długoterminowe :)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here