Równe 500 godzin. Równiuteńkie, co do sekundy! Tyle czasu poświęciłem netto na treningi w 2017 r. Oczywiście ta okrągła liczba nie jest przypadkiem, po prostu kilka dni przed końcem roku dostrzegłem, że zbliżam się do 500 godzin i jeśli sylwestrowy trenażer wydłużę o 9 minut i 2 sekundy, rok zakończę z dokładnie taką liczbą godzin.

To oczywiście czas samego treningu, do tego należałoby dodać ten poświęcony na rozgrzewki, schłodzenia, rolowanie, rozciąganie czy takie czynności jak prysznic i przebieranie się. W 2017 na trening poświęciłem o 17 proc. więcej czasu niż w 2016 r.– wzrost spory, ale trzeba pamiętać, że w 2016 straciłem kilka miesięcy przez kontuzję. Gdyby nie niespodziewana przerwa, 500 godzin byłoby zapewne przekroczone już rok wcześniej, a to ze względu na sporą ilość biegania w sezonie, w którym miałem kilka startów na dystansach ultra, w tym ten genialny Bieg Rzeźnika z Belą.

W 2017 r. zmieniła się struktura treningu. To była 100-procentowa koncentracja na pełnym dystansie ironman i choć oznaczało to też pokonanie maratonu, to biegania było najmniej od 2011 r. Tylko w trzech miesiącach (marzec, kwiecień i maj) przekroczyłem dystans 200 km, wcześniej zdarzało mi się i ponad 300 km w miesiącu.

Łączny czas treningu netto w kolejnych latach i zmiana r/r
Łączny czas treningu netto w kolejnych latach i zmiana r/r

Wszystko po to, by móc więcej jeździć. Dłużej jeździć. No i – w efekcie – szybciej jeździć :) Liczba treningów kolarskich w 2017 wzrosła w porównaniu do roku wcześniejszego o zaledwie 3 proc., ale czas spędzony w siodełku – o 63 proc. I to mówi wszystko o moich przygotowaniach. W sumie nic w tym dziwnego, w końcu długi wysiłek biegowy (maraton podczas IM) nie był mi obcy, ale już 180 km na rowerze – owszem. A najważniejsze w tym było, aby po pokonaniu tego dystansu jeszcze mieć siły na ten maraton. Rower był kluczem, więcej o tym znajdziecie w kolejnym wpisie, w którym chciałbym podsumować 2017 pod kątem wyników i postępów w poszczególnych dyscyplinach.

Szykując się do debiutu, postanowiłem zainwestować w opiekę trenerską, trafiłem pod skrzydła Olgi Kowalskiej z Trinergy i tego nie żałuję. Olga dopilnowała, by w treningach była przede wszystkim jakość, a nie ilość. Tak naprawdę te 500 godzin to wcale nie tak dużo, bo 420–440 godzin trenuję od 2014 r. Zmieniły się jednak proporcje, udział treningu kolarskiego wzrósł w okresie 2015–2017 z 25 do 42 proc.

Procent czasu poświęcony na poszczególne treningi
Procent czasu poświęcony na poszczególne treningi

W 2017 r. udało mi się uniknąć poważniejszych kontuzji. Było kilka przerw w trenowaniu (tydzień w styczniu – urlop, tydzień w lutym – wypadł mi dysk, tydzień w czerwcu – oparzenia słoneczne po 5i50, drugi tydzień w czerwcu – zatrucie bakteryjne i kroplówka, a na koniec dwa tygodnie przerwy w grudniu przez ospę). Łącznie to sześć tygodni bez trenowania. Niby niewiele, ale jednak…

Dopiero pisząc ten akapit, uświadomiłem sobie, jak bardzo ważne dla treningu jest zdrowie. Niby obyło się bez kontuzji, ale każda ta pierdoła wybijała mnie z rytmu treningowego. Skłania mnie to do myśli, że tak naprawdę to zdrowie jest kluczem do sukcesu. Oby nie zabrakło go w 2018!

Ta Pani sporo zmieniła w moim uprawianiu sportu :)
Ta Pani sporo zmieniła w moim uprawianiu sportu :)
PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułTen, w którym następuje zalogowanie
Następny artykułTen z kolejnym przymusowym odpoczynkiem
Krasus – biegacz, napieracz, triathlonista i pĄpkins pełną gębą. Jego filozofia uprawiania sportu łączy ciężką pracę i ciągłe dążenie do bycia lepszym z dobrą zabawą, bo przecież w życiu chodzi o to, by było fajnie. Zrobił swoje jeśli chodzi o uklepywanie asfaltu i teraz realizuje się w terenie. W lesie, z mapą czy w górach czuje się jak ryba w wodzie!

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here