Niebywałe jest, że choć dokładnie wiedziałem, gdzie będą, to z każdym krokiem czułem się bardziej podekscytowany. Zobaczyłem ich kawałek przed skrętem, stali na przystanku autobusowym. W ciągu kilku sekund oblało mnie niczym nie skrępowane, trudne do opisania szczęście. Bo choć widuję ich każdego dnia i czasami nawet zdarza mi się kogoś tam mieć dość (normalne, nie?), to gdy czekają na trasie zawodów, są bezapelacyjnie, absolutnie najważniejszymi kibicami na całym świecie. Są najlepsi. Są moi.

Dreszcze na plecach, dwie przybite piątki (Nikoś był bardziej zainteresowany pociągami na stacji Warszawa Stadion niż kibicingiem, trudno wygrać w rywalizacji z Tomkiem i przyjaciółmi ;) ) i banan od ucha do ucha. Dla takich chwil biegam!

Ten banan to zresztą nie był na moim 13. Półmaratonie Warszawskim odosobniony. To znaczy mój Półmaraton Warszawski miał numer 7, ale ogólnie to była 13-tka. Początek był okropecznie ciężki, już na pierwszym kilometrze miałem ochotę zakończyć swój bieg. Ależ byłaby to głupota, straciłbym jeden z najfajniejszych biegów w swoim życiu! Bo po 2 km było już tylko lepiej.

Czy ma ktoś paskudniejsze zdjęcie z finiszu? ;) / fot. Fotomaraton

Ani się obejrzałem, a złapałem rytm. Zupełnie niespodziewanie okazało się, że tempo 4:00–4:05 wcale nie jest dla mnie zabójcze, choć mniej niż tydzień wcześniej na treningu zdychałem przy 4:07 po pięciu minutach. Złapałem balans pomiędzy „komfortowo” i „ciężko”, złapałem upragnione flow i kilometry leciały. Świetnie poprowadzona trasa była dużym ułatwieniem, cały czas coś się działo, a dobre warunki pogodowe dodawały wszystkiemu smaku.

A może 1:25?

Przed startem nieśmiało myślałem o wyniku 1:26–1:28, acz naprawdę było to wróżenie z fusów, bo mój biegowy kilometraż w przygotowaniach do półmaratonu ani razu nie przekroczył 150 km w miesiącu, a parę razy oscylował wokół 60–70 km. Więcej zimą chorowałem niż trenowałem, cudów nie ma.

Ruszyłem w pewnej odległości za zającami z flagami „1:25” i przez cały bieg widziałem ich kawałek przed sobą. Najtrudniejszym momentem było dostanie się na Most Gdański (krótki, ale niefajny podbieg), piąty kilometr wyszedł więc najwolniejszy, pokonałem go w 4:12. Potem poszło jak z płatka, a Stadion Narodowy, gdzie czekała Ala z dzieciakami, był coraz bliżej. Namysłowska, Ratuszowa (tam jedyny na trasie żelik – Huma o smaku malinowym z kofeiną), Park Praski, kawałek wzdłuż Wisły, Okrzei, Jagiellońska i już. Są!

Te kilka sekund biegu obok nich wzmocniło tylko efekt wciągniętego 2 km wcześniej żelu, uśmiech nie schodził mi z ust i poczułem, że misja „13. Półmaraton Warszawski” może się powieść. No jasne, że 6 czy 7 minut gorzej od życiówki (relacja do przeczytania: kliku-kliku) to nie jest szczyt marzeń, ale trzeba znać swoje miejsce w szeregu. Ospa, zapalenie oskrzeli, dwa antybiotyki, grypa – ta zima mnie nie oszczędzała.

Warszawscy kibice rulez!

Mostem Świętokrzyskim biegam kilka razy w tygodniu, ale czegoś takiego jak w poprzednią niedzielę to nigdy tam nie przeżyłem. Im bliżej końca mostu, tym więcej kibiców było przy trasie. Pamiętam, że dostrzegłem tam kilkoro znajomych, przybiłem jakieś piątki (czy to nie czasem dziewczyny z Trinergy?) i cały czas się uśmiechałem.

Ale to jak! To nie był jakiś tam uśmiech pod nosem. Ja śmiałem się w głos, a bananem uśmiechu owinąłem sobie głowę. Biegłem i uśmiechałem się tak, jak tylko można się uśmiechać przy tętnie 170 uderzeń serca na minutę. Pojawił się problem – od tego uśmiechania aż zaczęły mnie boleć policzki, ale w oddali zobaczyłem Justynę i Martynę, jak więc nie uśmiechać się dalej?

 

Biegłem tak szczerząc zęby, a w połączeniu ze zmęczeniem i różem spływającym z moich zafarbowanych włosów na twarz, kark i koszulkę wyglądało to… no cóż, chciałbym być na zdjęciach z zawodów biegowych ładny jak niektóre instabiegaczki, ale patrząc na zdjęcia, to widok był dość upiorny ;) Zupełnie mi to jednak nie przeszkadzało, bo w sercu grała radość. Umiałem się cieszyć z tego biegu, choć jego tempo było bardzo dalekie od tego sprzed dwóch lat.

Zapas prędkości jest w cenie

A jednak nogi trochę pamiętają jak to jest szybciej biegać. Gdy chciałem przeskoczyć za plecy kogoś biegnącego z przodu albo do szybszej grupki, to po prostu przyśpieszałem na 100 czy 200 m do 3:40–3:45 i bez zarzynania się zostawiałem dotychczasowych współbiegaczy za plecami. Pilnowałem się jednak, by nie przesadzić, bo doskonale wiedziałem, że takie coś skończy się bombą roku.

Powoli jednak przyśpieszałem, finalnie wyszedł z tego doskonały negative split. Według zegarka końcową dychę przebiegłem w 39:43, o 40 sekund szybciej niż na zawodach na 10 km w grudniu. Oficjalne wyniki też pokazują, jak ładnie wyprzedzałem. Po 5 km byłem na 698. miejscu, po 10 km na 652., po 15 km na 601., a matę 20 km przekroczyłem na 529. pozycji. Do mety udało się jeszcze łyknąć sześć osób i skończyłem na 523. miejscu open, 500. wśród mężczyzn i 228. w kategorii M30. Moje średnie tempo rosło na kolejnych punktach kontrolnych od 4:08, przez 4:05, 4:04 aż do 4:03 na mecie.

Przed startem obawiałem się długiego finiszu Wisłostradą, myślałem, że będzie się to diabelnie dłużyć. Pewnie byłoby tak, gdybym cierpiał, ale biegło mi się doskonale. Nie to że luźno, z zapasem, biegłem cały czas na granicy, ale dobrze ustawiona głowa radziła sobie z balansem pomiędzy „trudno” i „fajnie”. Mniej niż kilometr przed metą stali Smashing pĄpkinsi, przybiłem kilka piątek i równo doleciałem do samej mety.

Nie da się ukryć, że 1:25:02 to historycznie patrząc słaby czas, już w 2014 biegałem szybciej (1:23:10 – relacja do przeczytania: kliku-kliku). Ale przecież i król Salomon z pustego nalewać nie potrafił. Marzec był moim pierwszym w miarę porządnie przepracowanym miesiącem od dawna, dopiero włączyliśmy akcenty biegowe w plan, jednak z kilku zabaw biegowych i rwanych pierwszych zakresów życiówki na 21,1 km się nie nabiega. Ci co życiówki zrobić mieli to je zrobili (szacun Radek, Marysia i wszyscy inni!), w mojej sytuacji było to poza nawet sferą życzeń. Jak na przygotowania, to z wyniku jestem bardzo zadowolony. No i sam odbiór biegu – było fantastycznie. Uwielbiam Półmaraton Warszawski i na pewno pobiegnę go jeszcze wiele razy.

Mam nadzieję, że w kolejnych tygodniach nic mi się nie rozsypie i będę kontynuował żmudne wracanie do formy. Tak naprawdę to zdrowie i systematyczna praca są najważniejsze. Tylko wtedy można myśleć o poprawianiu życiówek i marzyć o pudłach.

Prosecco na mecie / fot. Prosecco Life
Prosecco na mecie / fot. Prosecco Life
PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułTen z ubraniem na ZUK-a i inne zimowe biegi
Następny artykułTen z poniedziałkiem we wtorek
Krasus – biegacz, napieracz, triathlonista i pĄpkins pełną gębą. Jego filozofia uprawiania sportu łączy ciężką pracę i ciągłe dążenie do bycia lepszym z dobrą zabawą, bo przecież w życiu chodzi o to, by było fajnie. Zrobił swoje jeśli chodzi o uklepywanie asfaltu i teraz realizuje się w terenie. W lesie, z mapą czy w górach czuje się jak ryba w wodzie!

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here