Trochę za mało snu w ostatnich dniach. Trochę więcej pracy niż zwykle. Trochę więcej rodzinno-domowych spraw zaprzątających głowę. No i trochę więcej stresu w związku z tym wszystkim.

4 x 10’ po 280 watów (strefa intensywności SS – steady state, tuż pod progiem FTP) na 8’ przerwy to ja już robiłem i nie jest to trening poza moim zasięgiem. Nawet uwzględniając niemałe obciążenie w ostatnich dniach. Rzecz w tym, że trening to nie wszystko, co ambitny amator dźwiga na co dzień.

Ten trening 4 x 10’ SS od początku miał pecha. Pierwotnie w planie wpisany był na środę. Ale w drodze z zajęć pływackich Niko poinformował, że on się chce „pozigać”. Sprzątanie, afera, płacz, przytulanie i wszystko inne, co jest sto razy ważniejsze od trenowania. Zamiast zgodnie z planem chwilę po 20, na rower usiadłem dopiero po 21. Dwugodzinny trening z mocnymi 10-minutówkami nie wchodził już w grę, bo nie usnąłbym pewnie do 1:30, a przecież rano bieganie. Zamieniłem więc rower środowy z piątkowym i w środę wpadło 90 minut tlenowego kręcenia.

Ale w piątek te wszystkie „trochę” z pierwszego akapitu się skumulowały. Tlenowa rozgrzewka poszła spoko, ale potem to już było grubo. Cierpiałem od pierwszej do dziesiątej minuty, cierpiałem od pierwszego do czwartego powtórzenia. To był najtrudniejszy trening rowerowy, jaki kiedykolwiek zrobiłem.

Nie chyba istnieje pod Słońcem ani Księżycem koszulka lepiej oddająca moje podejście do sportu
Nie istnieje chyba pod Słońcem ani Księżycem koszulka lepiej oddająca moje podejście do sportu

Przy pierwszym powtórzeniu miałem dość, sięgnąłem więc po broń ostateczną i powiedziałem sobie tak: „Dobra, jak będzie naprawdę, ale to naprawdę ciężko, to najwyżej zrobisz 4 x 8’ albo 3 x 10’. Albo cokolwiek mniej”.

Ale gdy garmin (nowy, piękny, niegubiący zasięgu z pomiaru mocy, niezmiennie się jaram!!) wskazywał 8 minut, głupio już było skończyć. I choć miałem chwilę, w której pomyślałem, że zaraz spadnę z roweru i miałem naprawdę, ale to naprawdę dość, a oczy zalewały krople potu wielkie jak z Warszawy do Wałbrzycha, to wymęczyłem tę pierwszą 10-minutówkę.

No ładny na tych ciężkich treningach to ja nie jestem ;)
No ładny na tych ciężkich treningach to ja nie jestem ;)

A potem drugą. Trzecią i czwartą też, za każdym razem mówiąc sobie, że najwyżej przerwę trening.

Choć pod względem intensywności (tętno maksymalne to zaledwie 151 bpm!) czy czasu trwania (co to jest 2 h na trenażerze?) trening ten nie był dla mnie jakimś wyczynem, to nagromadzenie stresorów w ostatnim czasie mam takie, że jego ukończenie zgodnie z założeniami uważam za jeden z największych sukcesów przygotowań do tego sezonu.

Głowa wygrała dziś naprawdę sporo, to zaprocentuje na zawodach.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here