Jak tak sobie siedzę i – przy zimnym chmielowym – myślę, to ten cały Susz to mi tak wyszedł „ni w p…, ni w oko”. Niby minimum przyzwoitości na każdym z etapów zrobione, niby powalczyłem nawet, ale 41. miejsce open i 8. w kategorii z czasem 4:33 to jednak szczyt marzeń nie jest. Liczyłem na więcej.

 

Pływanie: 34:58, średnie tempo 1:50/100 m, miejsce 139/415 (33,5%)

Po niezbyt przyjemnych wspomnieniach z pływania na olimpijce 5150 i podczas V BEKO Mistrzostw Warszawy w Pływaniu w Wodach Otwartych, gdzie w obojgu zawodów zaliczyłem solidne napierdzielanko z współpływakami (łącznie z autentycznym liczeniem zębów, czy na pewno mi czegoś nie brakuje), w Suszu postawiłem na spokój. Start wspólny z wody jest tam bardzo szeroki i mogłem liczyć na więcej swobody, ustawiając się z boku.

Plan był taki, by ruszyć jak torpeda, złapać jakieś mocne nogi i dociągnąć na nich do końca. Ruszyłem i… obserwowałem tylko, jak te mocne nogi mi odpływają. No ludzie kochani, jak bum-cyk-cyk było tak, że ja wyprzedziłem słabszą grupę, płynąłem na jej czele, ale tych z przodu mogłem tylko podziwiać. Dupa, plan legł w gruzach. Cisłem więc swoje.

Łatwo nie było, bo na trasie połówki w Suszu są tylko dwie boje – nawrotowe, oddalone od miejsca startu o jakieś 900 metrów. To jest naprawdę kawał drogi i jak się płynie z ludźmi, to bojki kompletnie nie widać. Człek macha więc tymi rękoma i próbuje nawigować, ale to jest mocno na oko, bo wiadomo tylko, że trzeba płynąć gdzieś w mityczną „tamtą stronę”. Towarzystwo się dość mocno rozciągnęło i niełatwo było mi płynąć w czyichś nogach. Parę razy pojawił się też ktoś płynący kompletnie w poprzek, co życia nie ułatwiało.

Starałem się skupiać na „tu i teraz” i nie zapominać o technice, bo taki sposób pływania gwarantuje zachowanie sił na kolejne etapy zawodów. Po podniesieniu się z wody zobaczyłem na stoperze 34:45, na macie wyszło 34:58. Dobrze? Źle? Ot, tak sobie. To czas, który nadal nie pasuje do mojego roweru i biegania, ale jest jakimś minimum przyzwoitości.

W T1 klasycznie zachciało mi się siku, więc rach-ciach to załatwiłem, złapałem kask i oksy rowerowe, Pimpuś zapiszczał i po 2:28 opuściliśmy pierwszą strefę zmian.

 

Rower: 2:25:33, średnia prędkość 37,1 km/h, NP=252 W, miejsce 46/388 (11,9%)

Dzień przed zawodami objechaliśmy z MKonem i Zięciem trasę samochodem. Nie spodobała mi się. Trochę dziur i sporo ostrych zakrętów. Jak górka, to zaraz za zjazdem zakręt, co nie pozwala wykorzystać grawitacji. Wiedziałem, że o dobry czas będzie trudno. Całą noc padało, a o 5 rano obudziły mnie grzmoty. Mokry asfalt, leżące na nim liście i piach – nie zapowiadało to przyjemnej jazdy.

Jak zwykle (jedyna zaleta słabego pływania) od początku wzięliśmy się za wyprzedzanie. Bang-bang-bang – cały czas do przodu. Połówka w Suszu była pierwszym moim startem w historii, gdy jechałem z kimś. Doświadczyłem tego, co nazywane jest legalnym draftingiem – czyli jedziesz w przepisowej odległości za kimś i nie tyle korzystasz z mniejszych oporów powietrza, co głowa nie pozwala na odpuszczanie, bo wiesz, że jak zwolnisz, to stracisz kontakt wzrokowy. Co jakiś czas ktoś kogoś wyprzedził, czasem jechałem na czele grupki, czasem gdzieś z tyłu. Było nas coraz mniej, a pod koniec jechaliśmy już chyba we dwójkę z Marcinem Punpurem. Muszę przyznać, że zazdroszczę tym, którzy jeżdżą tak regularnie, taki kontakt wzrokowy z kimś na podobnym poziomie bardzo ułatwia życie!

Mimo deszczu i niskiej temperatury nie czułem zimna, bo intensywność była odpowiednia, tętno utrzymywało się w przedziale 140–150 uderzeń na minutę. Jazda nie była jednak przyjemnością, bo trasa (ślisko i zakręty) utrudniała życie i sporo było szarpania. Najsłabsze 5 km pojechałem na 241 W, a najmocniejsze na 267.

Niska temperatura powietrza sprawiła, że kilka razy musiałem odcedzać kartofelki, potem okazało się, że nie tylko ja tak miałem i tego dnia wiele osób sikało na etapie rowerowym. Pod koniec jazdy zacząłem czuć drętwienie stóp spowodowane chłodem. Ogromnym błędem było niezabranie nakładek, które zostawiłem w domu, uznając, że pod koniec czerwca na pewno się nie przydadzą. Żałowałem tego w trakcie jazdy, ale nie spodziewałem się tego, co wydarzy się po zeskoczeniu z roweru…

Rozpinam buty, wyciągam z nich zgrabiałe stopy, przenoszę prawą nogę nad siodełkiem, zeskakuję i…

OŁ MAJ GAD. GDZIE SĄ MOJE STOPY?!

Trucht z rowerem był straszny, bo zamiast stóp miałem drewno. W T2 miałem duży kłopot z założeniem skarpet i butów, stopy kompletnie odmówiły posłuszeństwa. Strefa zmian zajęła mi prawie cztery minuty, a powinienem zmieścić się w dwóch i pół.

 

Bieganie: 1:25:59, średnie tempo 4:04

Jakieś 100 lub 200 metrów za początkiem trasy biegowej stała Olga z Tomkiem. Po zawodach usłyszałem taki komentarz: „Dwóch zawodników, którzy najgorzej wyglądali na wybiegu z T2 to Krasus i MKon”. Cóż, porównanie do Miszcza Świata to oczywiście zaszczyt, acz wolałbym wyglądać lepiej. Koślawiłem każdy jeden krok! Stopy kompletnie nie chciały pracować i miałem wrażenie, że w butach mam pod nimi jakieś ciało obce.

Na drugim kilometrze znów mnie przycisnęło. Sik-stop to prosta sprawa, ale nadal mam problem z bieganiem. Każdy krok to poczucie, że coś jest nie tak w butach i uznałem, że prawdopodobnie wpadł mi tam żel albo coś innego. No to po wyjściu z krzaczków siadam na chodniku, zdejmuję buty i… nic, pusto w środku. Wkurzony zakładam i nadal kompletnie nie czuję wkładki tylko coś, co jest tam zamiast niej.

Mimo tych problemów postanawiam biec mocno. Kilometry wpadają w około 4 minuty, a dopiero na siódmym czuję, że moje stopy wracają do życia. Trasa w Suszu prowadzi wokół jeziora i jest super. No, za wyjątkiem małego dodatku, jakim jest wybieg na rynek. Na krótkim odcinku trzeba wspiąć się kilkanaście metrów w górę. Za pierwszym razem jeszcze jakoś to pokonuję, za drugim mnie już jednak stawia.

Zagryzione zęby i skupiony wzrok - to było 21 km walki / fot. Sportografia
Zagryzione zęby i skupiony wzrok – to było 21 km walki / fot. Sportografia

I to jak! Totalna słabość w udach ledwie pozwala mi biec. Jednak trajlon to nie przelewki, w głowie zastanawiam się, jakim cudem trzy razy ukończyłem Karkonoszmana skoro tutaj zabija mnie podbieg na rynek w Suszu.

Doskonale wyposażone punkty odżywcze ratują w upale, na każdym kilka kubków wody ląduje na twarzy i klatce piersiowej, a dwie gąbki z wodą pod strój startowy. Staram się mocno biec na płaskim, choć od 13. kilometra czuję już naprawdę cholerne zmęczenie. Pomagają kibice i mieszkańcy częstujący np. colą, robią świetną robotę. No i Ala, która postanowiła obejść jezioro pod prąd, dzięki czemu spotykam ją na każdym kółku w innym miejscu. Robi co może, ale ponieść do mety mnie nie chce.

19. i 20. kilometr są wolniejsze, nie mam już sił walczyć. Zamiast przyśpieszyć przed metą – zwalniam, choć trzeba przyznać, że spadek tempa o 20 s/km to relatywnie niewiele. Próba „zerwania się” na ostatnie 600 metrów kończy się tempem 4 min/km.

A to próba okazania radości w moim wydaniu / fot. Maratomania

Ostatnia prosta i czerwony dywan w Suszu to naprawdę piękne miejsce. Macie tak, że finiszując żałujecie, że ta ostatnia prosta jest tak krótka? Nie miałem już co przyśpieszać, napawałem się przybijanymi piątkami i radością. Radością nie z wyniku, bo tu nie ma się co cieszyć, ale z tego, że to już koniec.

Bieg w Suszu był jednym z najtrudniejszych w mojej „karierze”. Wyszedłem tam daleko poza strefę komfortu i udało się do końca w miarę utrzymać tempo. Te 15–20 s/km wolniej na 19. i 20. kilometrze to naprawdę niewiele. Za linią mety potrzebowałem kilku minut, by w ogóle móc się ruszyć, a powrót samochodem do Warszawy był czystym koszmarem. Nawet po ajronach nie czułem tak potwornego bólu. Na czerwonym świetle otwierałem drzwi i wystawiałem nogi na zewnątrz, by się trochę rozprostowały, bo czułem wtedy trochę ulgi.

Susz Triathlon, dystans ½ IM, 4:32:59, msc. 41/415 startujących (9,9%)

Co czuję dziś, prawie trzy tygodnie po zawodach? Cóż, no jest mi głupio, że dopiero teraz tę relację publikuję. Musicie jednak wiedzieć, że na liście priorytetów relacja stoi za treningami, pracą, rodziną, przyjaciółmi i odpoczynkiem. Wolę się wyspać przed kolejnym dniem treningowym niż zarwać nockę dla relacji.

W kwestii oceny samego startu w Suszu niewiele się zmieniło. Nadal uważam, że zrobiłem jakieś minimum przyzwoitości, 4:33 wstydu nie przynosi, ale sukcesem nie jest. Gdyby to był trening w drodze do IM, byłoby git, ale to miał być ważny start. Do kolejnego istotnego – w Gdyni – zostały trzy tygodnie ciężkiej pracy. Zapowiada się intensywny czas z 15 h treningu w tygodniu, mam nadzieję, że przyniesie to efekt.

Aha, a start w Suszu bardzo polecam. Opowieści o kibicujących mieszkańcach wsi, przez które prowadzi trasa kolarska, nie są przesadzone. To niesamowite. Ciśniesz ten rower, niewiele widzisz, bo pada deszcz i nagle hałas, rwetes! Kilkadziesiąt osób stoi przy drodze (w deszczu!) i robi wszystko, by przekazać ci jak najwięcej dobrej energii.

4 KOMENTARZY

  1. Tak mnie naszło, jako że triatlon znam tylko z relacji to urodziło mi się pytanie… W wielu relacjach pojawia się piętnowanie jeżdżenia na kole (zakładając że regulamin nie pozwala). Ale „zawsze” też jest opis poszukiwania bąbelków, czy mocnych nóg podczas pływania. Jako laik zakładam, że to pomaga jak drafting. Pytanie: drafting na kole jest oszustwem bo zabroniony, w wodzie to inna bajka i to jest ok, w myśl zasady: nullum crimen sine lege?
    Bo to w sumie 2 sprzeczne poglądy w ramach 1 zawodów
    Zaznaczam, że nie jest to atak, tylko ciekawość, aby nie było niedomówień…

    • Michał, to jest dobre pytanie! Chodzi o to, co mówią przepisy. Na etapie rowerowym zawodów nie można korzystać z koła. Natomiast jest to dozwolone w pływaniu i bieganiu. Warto też dodać, że w zawodowym triathlonie, np. na dystansie olimpijskim, jazda w grupie jest dozwolona. Bardzo zmienia to strategię na zawody, bo najważniejsze jest, by szybko wyjść z wody i załapać się do mocnej grupy na rowerze.

      To trochę tak jak w piłce nożnej nie można zagrywać piłki ręką, ale aut wybija się ręką;)

  2. Miałam tak samo ze stopami we Frydmanie kiedyś, przez 5 kilometrów myślałam, że po prostu zapomniałam do butów włożyć wkładki i biegnę bez wkładek (ależ się zwyzywałam w myślach), a były po prostu zmarznięte i odczuwały jakby spód podeszwy, coś jak księżniczka na ziarnku grochu.. ;) masakra… też wtedy padało lekko na rowerze i by chłodek
    no i … ciekawy jest dla mnie Twój czas T1 – 2,28 razem z sikaniem?? piankę Ci ktoś zdjął i równocześnie podał kaczkę ;) muszę podćwiczyć więcej te zmiany na przyszły rok…

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here