Wtorek, godzina jakoś popracowa, temperatura w cieniu dobre 30 stopni, każde wyjście na ulicę to atak gorąca nie do wytrzymania. Schowani przed skwarem siedzimy w ogródku Żony Krawca (fajna nazwa na kawiarnię, co?), sącząc mrożoną kawę.

Przeglądam program Chudego Wawrzyńca, wszak to dla Ali start A, trzeba więc dokładnie zapoznać się z harmonogramem weekendu. I tak sobie patrzę na te wszystkie punkty i…

„10:30 – Start biegu Mała Rycerzowa”

– Ej, a co to ta Mała Rycerzowa jest?

– Ten bieg towarzyszący na 20 km, nie pamiętasz? Chyba nawet kiedyś byłeś zapisany.

– Hmmm…

Trudno mi opisać uczucia, które przeszły w tamtej chwili przez moje ciało. Serce zabiło szybciej, przez głowę przetoczyły się myśli tak piękne i tak radosne, że na rękach pojawiła się gęsia skórka. Stopy poczuły kamieniste podłoże Beskidu Żywieckiego, a kwas mlekowy w udach zagotował się z radości. Wiedziałem już czego chcę.

Biegać po górach.

(Piszę to i mam łzy szczęścia w oczach, takie to szczęście było, naprawdę!).

Nie, to nie ja, ale zdjęcie jest tak piękne.. :) / fot. Karolina Krawczyk
Nie, to nie ja, ale zdjęcie jest tak piękne.. :) / fot. Karolina Krawczyk

Konsultacja z Olgą (uwielbiam za wyrozumiałość dla moich pomysłów!), zielone światło i mail o temacie: „Mała Rycerzowa 2018 – potwierdzenie rejestracji”, który w odbiorczej Gmaila pojawił się w środę o 10:30. Na przygotowanie się do pierwszego biegu górskiego od nieudanego Łemko (LINK) w październiku ubiegłego roku zostały trzy doby, co do minuty.

Czym prędzej udałem się więc do toalety dla niepełnosprawnych (jednoosobowa, można się zamknąć) zrobić 10 przysiadów. Kilka godzin później zrobiłem 20, a wieczorem 30 – pierwszy dzień przygotowań przepracowałem idealnie. W czwartek kontynuowałem ostre treningi. Zrezygnowałem z ruchomych schodów w metrze i oparłem się korpowindzie, dzięki czemu dziewięć pięter weszło w nogi.

W drodze powrotnej znów schody w metrze i przygotowania do Małej Rycerzowej 2018 mogłem uznać za zakończone. „Lepiej niedotrenować niż się przetrenować” – tę zasadę zna chyba każdy adept sportów wytrzymałościowych. Pozostało najważniejsze: ładowanie węglowodanów. Tu mam sporą wiedzę i doświadczenie, przeprowadziłem więc konkretną i dobrze zaplanowaną akcję, w której udział wziął makaron z sosem pomidorowym, kilka lodów i jakieś dobre ciastka z czekoladą.

W sobotę na linii startu stanąłem z sercem wyrywającym się z piersi z górskiego szczęścia, głową pełną dobrych myśli i uśmiechem takim, że można by mnie uznać za głupka, co cieszy się nie wiadomo z czego. I co z tego, że ciało nie za bardzo było przygotowane na prawie 21 kilometrów po górach z przewyższeniem ponad 1000 metrów?

Okazało się, że można z przygotowania triathlonowego, bez jednego nawet treningu podbiegów czy krosa, całkiem nieźle biegać po górach. Na metę dobiegłem ósmy z czasem 2:02:22, z niewyobrażalną radością i prawdziwie szczerym uśmiechem (choć wiadomo jak to z nim jest przy tętnie kilkanaście uderzeń ponad progiem beztlenowym). Zresztą, 99 procent trasy tak pokonałem. Może i na twarzy tego nie było widać, ale każdy jeden krok Małej Rycerzowej sprawiał mi radość.

Każdy krok Małej Rycerzowej sprawił mi radość:) / fot. Karolina Krawczyk
Każdy krok Małej Rycerzowej sprawił mi radość:) / fot. Karolina Krawczyk

A jest to bieg przepiękny. Nieważne, że gór jako takich nie widziałem ani razu. Bo przecież człek skupia się nad tym co pod nogami (łatwo się wyrżnąć w Beskidzie Żywieckim, bo terenów trudnych technicznie nie brakuje), a prawie cały czas biegliśmy we mgle i/lub chmurze. Ale jakie to były mgły…

Chudy Wawrzyniec (i jego siostrzyczka Mała Rycerzowa) zakumplował się z klimatem, którego nie spotkacie na żadnym innym biegu. Trasy obu biegów prowadzą w dużej mierze lasami, nie są to jednak zwykłe lasy, jakie można spotkać choćby na naszym Mazowszu. Lasy Chudego mają w sobie jakąś niepowtarzalną magię. Mają duszę, której nie spotkacie nigdzie indziej. Te lasy potrafią mówić, ale nie mówią tak o, ludzkim głosem… Wysyłają telepatyczne wiadomości w starodawnych językach. Niby nie rozumiemy tych słów, ale tak naprawdę, w głębi duszy, wiemy co znaczą.

Prawda jest taka, że z tymi lasami naprawdę można się fajnie dogadać. Mnie przypomniały o tym, co jest najważniejsze w uprawianym przez nas sporcie. Radość. Takie naturalne, niczym niezmącone, czyste szczęście.

 

O matulu, jak ja się cieszyłem, biegnąc tam! Pierwszy kilometr asfaltem, od razu mocno, by nie zostać za bardzo z tyłu. Pierwsza trójka wygarnęła w tempie nadświetlnym, ale już na starcie wiedziałem, że oni są poza zasięgiem. Dalej druga grupka (cztery albo pięć osób) i potem ja, cały uśmiechnięty.

Na jednym z podbiegów doszedłem grupkę przede mną. Spokojnie złapałem się na jej końcu i robiłem swoje. Krok za krokiem, a las mówił mi, że jest pięknie. I było. Ze wszech stron ogarniało mnie szczęście, jakiego w trakcie biegu nie czułem od dawna.

Chyba w okolicy Urówki spojrzałem przed siebie. Grupkę prowadziła Martyna. No kurde, panowie, trochę obciach tak wieźć się na dziewczynie. Zbiegłem na prawo, lekko przyśpieszyłem i… grupka rozpadła się, a ja znalazłem się na czele trzyosobowego zespołu. Szybko okazało się, że dla chłopaków moje przyśpieszenie było wodą na młyn i po paruset metrach zostałem z tyłu. Nie chciałem się zarżnąć, bo i po co.

Z moich szacunków wynikało, że prawdopodobnie jestem siódmy. Fajucho, przed startem takie miejsce brałbym w ciemno. Kawałek za schroniskiem Chyz u Bacy, przy którym był jedyny punkt odżywczy naszej trasy, nie zauważyłem, że trasa skręca w prawo w las i straciłem minutę. Dogoniło mnie dwóch innych zawodników.

Z jednym, Wojtkiem (pozdrawiam!), tasowaliśmy się przez ładnych parę kilometrów. Ja uciekałem na podbiegach, on zdecydowanie przewyższał mnie na zbiegach. Doskonale wiedziałem, że do mety mamy dużo więcej w dół niż w górę i nie łudziłem się nawet, że mogę z nim wygrać. „Trzeba uciekać przed tymi, co gonią”, stwierdził w którymś momencie Wojtek i pomknął w dół. Miał świętą rację, bo po piętach deptać zaczął mi Jacek Gardener.

Przez 17 kilometrów biegłem równo w założonej intensywności. Nie spoglądałem na zegarek, to las mówił mi, by docisnąć albo lekko odpuścić. Ale wtedy zaczął się wyścig, a mi włączył się wojownik. Tak naprawdę to nie miało przecież większego znaczenia, czy skończę ósmy czy dziewiąty, a nawet jedenasty. Ale wiadomo, jak to jest na trasie. Trudny techniczny zbieg, masa kamieni i uda palące od walki z grawitacją – ależ to był piękny i jednocześnie ciężki zbieg.

Las nadal mówił. Teraz był tym diabełkiem, co siedzi na ramieniu i podpowiada, co by tu złobuzować. Wiedziałem, że cisnąc ten ostatni zbieg na maksa, załatwiam sobie uda na kilka dni, ale ten diabełek był wtedy tak przekonujący, a Jacek tak blisko, że słyszałem jego kroki…

Potem na mecie Marta o ziomalskim nazwisku, którą gdzieś tam wyprzedzaliśmy, śmiała się, że jęczeliśmy jak zarzynani. A ja po prostu na swój sposób odpowiadałem na to, co mówił mi las.

Na dół (do mety zostało 800–900 metrów) zbiegłem, mając 10, może 15 metrów przewagi. „No dobra, ale po płaskim to ty umiesz biegać” – stwierdził na pożegnanie las. Pocisnąłem 400–500 metrów poniżej 4 min/km i udało się wypracować taką przewagę, że mogłem uspokoić krok na finiszu i na metę wbiec, radując się każdym metrem drewnianego mostka  prowadzącego do mety.

 

Udało się. Odnalazłem radość z uprawiania sportu. Schowała się trochę przede mną, zaszyła się w lasach Beskidu Żywieckiego, ale znalazłem ją. Po prostu była w górach.

Pees, A główne zdjęcie u góry jest autorstwa Piotrka Oleszaka. Pełną galerię obejrzyjcie (warto!) tutaj: kliku-kliku. Poświęćcie też kilka minut na zobaczenie galerii Karoliny Krawczyk, nie pożałujecie: kliku-kliku.

6 KOMENTARZY

  1. Czyta się super, bardzo pozytywna relacja. Ale jak czytam Twoje relacje z triathlonów a potem z biegu górskiego (czy kiedyś pmno), to czasami dziwię się, że to nie dwóch różnych zawodników dotarło na metę. Jeden cierpi i ma wszystkiego dość, drugiemu ciężko ale biegnie z bananem na twarzy. Jeden przejmuje się stratą sekund na pływaniu, drugi biegnąc może zachwycać się krajobrazem czy mgłami. Jeden ciągle ma trochę większe oczekiwania, a drugi przyznaje że tak do końca nie ma znaczenia, które miejsce zajmie w TOP10 (choć przecież specjalnie nikomu się nie podkłada).
    Wydaje mi się, że ten pierwszy zawodnik mógłby skorzystać na krótkiej lekcji u tego drugiego. Może ten drugi zawodnik oddałby trochę pozytywnej energii/ nastawienia temu pierwszemu? :)

    • Bardzo cenne spostrzeżenie, dokładnie takie samo miałem po tych zawodach.. Chyba jest tak, że pierwszy za dużo od siebie oczekuje, jest wobec siebie zbyt surowy i źle to się kończy. Wysyłam ich razem na piwo, niech pogadają! :) :) :)

  2. Super, takie same mam odczucia co inni – tu widać niezmąconą radość ze sportu i może faktycznie czasem warto zrobić skok w bok, porzucić ustalony rytm treningowy, 4 ściany i trenażer i zrobić coś inaczej. Niby tylko 20 km a jaka terapia dla głowy.
    A co do wyniku to wiadomka, silny jesteś jak byk po tym tri – przecież cały czas rower i bieganie i pływanie to się wszystko przekłada. Gratulacje Krasus!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here