– Co to się wydarzyło, Marcin, na tym pływaniu? – rozpoczął poniedziałkowy trening pływacki trener Adrian.

No właśnie się wydarzyło na tym Ironman 70.3 Gdynia…

 

PŁYWANIE: 36:38, średnie tempo 1:48/100 m, miejsce 745/1935 (38,5%)

A zaczęło się naprawdę bardzo dobrze! Rolling start po osiem osób, zgodnie z prikazem Olgi, ustawiam się w drugiej strefie (33–38 min). BANG! POSZLI!

Najpierw kilkadziesiąt metrów biegu i marszu w wodzie. Ktoś zaczyna płynąć, ale idę szybciej od niego, więc nie kombinuję. Robi się coraz głębiej, zaczynamy więc zabawę. Skupiam się na tu i teraz.

Mocna praca ramion, co cztery oddechy wynurzam głowę, by spojrzeć na bojki i pilnować nóg. I udaje się. Naprawdę dobrze trzymałem się za kimś, parę razy nawet „przeskoczyłem” do osoby płynącej szybciej. I czułem, że płynę dobrze. Było rytmicznie i mocno, tak jak powinno być.

Tylko te bojki mi trochę uciekały i parę razy odpłynąłem na prawo. Nie wiem, czy to jakieś prądy, czy co, ale idealna trajektoria to to nie była. Mimo tego, bez zarzynania się płynąłem naprawdę mocno i pierwszy kilometr wpadł w 17 min. 17 min, tempo 1:42, przy 1900 m jest to czas poniżej 32:30! Ach, jak ja byłbym szczęśliwy, mając taki czas na wyjściu z wody…

Ale potem okazało się, że pływanie w morzu (a nawet w zatoce) to nie taki pikuś. Pojawiły się fale, z którymi kompletnie nie umiałem sobie poradzić. Wybijały mnie z rytmu, a na dodatek zasłaniały bojki kierunkowe i nawigacja padła na łeb na szyję.

Idealna nawigacja to nie była…

Jak już złapałem bąbelki, to zaraz mnie gdzieś ta durna fala wywalała i było po bąbelkach. I co chwilę tak samo. I w koło Macieju. Ta fala pozamiatała mnie totalnie. Z wody wyszedłem po 36:38, z przepłyniętym dystansem ponad 2 km (zamiast 1,9) i dopiero na 745. miejscu. Tempo 1:48, jakie miałem na pływaniu, to wynik nieco ponad 34 min, partacząc nawigację straciłem 2,5 min.

Ręce opadają.

 

ROWER: 2:26:49, średnia prędkość 36,8 km/h, NP=239 W, miejsce 134/1935 (6,9%)

Strefa zmian w Gdyni, choć przestrzenna i wygodna, mi się nie podobała, bo była niesprawiedliwa. Wyjście na rower i powrót z niego odbywały się tymi samymi drzwiami, co oznacza, że jedni z rowerem biegli 20 m, a inni 150. Tak, bieganie na mokrej nawierzchni z rowerem i zakręty o 90 stopni to spore wyzwanie i wcale nie jest obojętne dla prędkości, a wręcz bezpieczeństwa. Parę osób zaliczyło glebę i kilka sekund można było stracić. W T1 spędziłem 2:25, wszystko poszło sprawnie, tylko to bieganie z bajkiem fajne nie było. Wskakując na rower, zahaczyłem jeszcze nogą o bidon, który wypadł, więc musiałem go podnieść i kilka sekund uciekło. Z rezultatów wynika, że w strefie zmian wyprzedziłem 117 osób, co jest dla mnie sporą niespodzianką, bo ile można tam było siedzieć?

Dobra, nie ma co, lecimy, Celinka. To znaczy chcielibyśmy, ale pierwsze 500 m to kostka. Koła podskakują jak na trampolinach w AIRO, mam ogromne obawy o stan roweru i własnego uzębienia. Byłem jednak przekonany, że po paruset metrach sytuacja się uspokoi i pojadę swoje.

A tu dupa.

Zakręt, dziury, zakręt, tory, zakręt, dziury, dziury, zakręt… Na pierwszych kilku kilometrach było sześć zakrętów o 90 stopni, potem jeszcze jakieś tory, dziury, kolejne zakręty i po 10 km wyjechaliśmy wreszcie z tej pieprzonej Gdyni. Co ja się nakląłem, to już moje.

Na tej trasie można pojechać szybko tylko jeśli nie lubi się swojego roweru. Nie znajduję uzasadnienia, dla którego organizator przygotował trasę w ten sposób. Ludzie gubili bidony, liczniki rowerowe i klęli na czym świat stoi. Na każdych zawodach etap rowerowy zaczyna się od „rozbiegówki”, czyli jest wyjazd z miasta, pojawiają się jakieś dziury czy tory i tak dalej. Czasami trwa to 500 m, czasami 2 km. No ale nie 10 km, do jasnej cholery. Te pierwsze 10 km pokonałem ze średnią 33,6 km, ale przynajmniej niczego nie zgubiłem.

A potem…

A potem było przepięknie. Środkowa część trasy Ironman 70.3 Gdynia (od 10 do 80 km) to jedna z najfajniejszych tras rowerowych, jakie przejechałem w życiu. Górki, lasy, pola, piękne kaszubskie wsie. Nie jeżdżę na zawody, by w trakcie wyścigu podziwiać widoki, ale tam naprawdę było co podziwiać. I było pod górę. Było ciężko i pięknie.

Czy fotografowie robią to celowo, że łapią mnie do zdjęć gdy akurat odpuszczę trochę pozycję, trzymam wysoko głowę i tak dalej?! ;) / for. Marcin Zieliński, ZielonyBiega
Czy fotografowie robią to celowo, że łapią mnie do zdjęć gdy akurat odpuszczę trochę pozycję, trzymam wysoko głowę i tak dalej?! ;) / for. Marcin Zieliński, ZielonyBiega

I cały czas wyprzedzałem. Ze znajomymi czasami wymieniłem jakieś zdanie czy dwa, ale na podjeździe, gdy zegarek wskazuje 270 albo 290 W, łatwe to nie jest. Najwięcej pogadałem z Kaśką Gorlo, która wyglądała jakby miała już podjazdu dość. Zgodnie ze wskazówkami od Olgi skupiłem się na tu i teraz, pilnując tylko mocy. Wiedziałem, że prędkość jest niska, że średnia fatalna, ale przecież w drugiej części trasy będzie z górki. Pilnowałem więc średniej mocy z 3 sekund, z 10 sekund i znormalizowanej z lapa, a autolap pikał co 5 km. Dopiero szóste okrążenie zaliczyłem z sensowną średnią prędkością (39,3 km/h).

Doskonale pamiętałem słowa Aśki Skutkiewicz, by uważać na zakręt na 33. kilometrze zlokalizowany zaraz za zjazdem. Przyznam szczerze, że gdyby nie Aśka, to mogłoby być różnie. Zjazd był naprawdę szybki, jechałem tam 60 km/h, a zakręt był ostry. Odetchnąłem z ulgą.

Walczyłem na podjazdach, by trzymać nieco większą moc i odpychałem od siebie pokusę odpoczywania na zjazdach. Przepedałowałem solidnie praktycznie cały dystans. Na trasie wyprzedziło mnie chyba tylko dwóch wymiataczy, a tak to cały czas ja łykałem kolejnych zawodników. Czasami pojedynczych, czasami w grupkach, acz chamskiego draftingu nie widziałem.

Od 45. kilometra było naprawdę fajnie. Trochę w dół, trochę płasko, potem znów w dół. Ależ to było przyjemne. Cały czas mocno pracowałem, pilnując jednocześnie pozycji oreo, a średnia prędkość rosła i rosła. Jadłem, piłem (na trasie wciągnąłem batona Chia Charge i sześć żeli Dextro – to chyba mój rekord z połówki! ;)) i cisnąłem. 35 km pokonałem ze średnią prędkością 41 km/h i uśmiechem na ustach.

No, poza końcówką, gdzie zmieniły się warunki pogodowe. Nie to, że zaczęło padać. Nie to, że zaczęło lać. Napieprzało gradem, wodą pod ciśnieniem (skąd?!), wiatrem i żabami z nieba. Co tam się działo! Niewiele widziałem, na liczniku ponad 60 km/h i lecę. I cały czas myślę, że to jest Gdynia, organizator nie lubi zawodników i z dużym prawdopodobieństwem zaplanował trasę tak, że na końcu tego zjazdu będzie .ujowy zakręt. Pewnie będzie ostry i z śliskimi w deszczu pasami, a może i jakieś dziury w gratisie?

Ha! Zobaczyłem go z odległości kilkuset metrów. Od razu zacząłem hamować. W takich warunkach hamowanie jest, delikatnie mówiąc, ryzykowne i mało skuteczne. Starałem się nie wykonywać żadnych gwałtownych ruchów i cichutko modliłem się o udane wejście w zakręt. Udało się, w przeciwieństwie do wielu innych  uniknąłem gleby, trzęsąc się ze strachu pojechałem dalej.

A tam znów, bo to chyba gdyński standard, że nie można zrobić w miarę prostej i bezpiecznej trasy, ostre zakręty, tory i dziury. Najgorsze, że przez ulewę nie było prawie nic widać. Tam gdzie się dało starałem się jeszcze mocno pedałować, urywać cenne sekundy, ale po prostu szkoda było mi roweru katować na tej nawierzchni. Ostatnie 4 km to dokładnie ten sam odcinek co na początku – wąsko dziurawie, co chwilę zakręty.

Jadę gównianą dziurawą drogą i widzę przed sobą kałużę szeroką na całą drogę. I jak wybrać w miarę optymalny (i bezpieczny!) tor przejazdu? Zwalniam, a i tak JEBS-JEBUT! wpadam w jakiś krater wykopany przez Sport Evolution. Gdzieś po drodze na tych dziurach gubię bidon, teraz i tak nie jest mi do niczego potrzebny. Spotykam Maćka Jarzembowicza, rzucamy razem paroma kurwami.

I na koniec jeszcze raz kocie łby. Pimpuś piszczy z żalu, rozglądam się, czy nie dałoby się uciec na chodnik i nie katować tak sprzętu, ale nie ma na to szans.

2:26:49, średnia prędkość 36,8 km/h. Na tej niełatwej trasie to całkiem dobry wynik, żałuję fatalnej jakości początku i końca trasy, bo kilka minut było do urwania. Cóż, inni jakoś urywali, bo 133 osoby pojechały rower szybciej ode mnie. Z drugiej strony najważniejsze jest, że nie zaliczyłem jakiejś poważniejszej gleby, bo przypadki Łukasza Kalaszczyńskiego czy Piotrka Szefera i paru innych pokazują, że lekko nie było.

 

BIEGANIE: 1:26:08, trasa zmierzona 20,7 km, średnie tempo 4:10, miejsce 89/1935 (4,6%)

Mokry, w kałużach wody, próbuję biec z rowerem przez strefę zmian. Koło mi ucieka, ledwie ratuję się przed upadkiem. Jeszcze jeden poślizg na zakręcie, znów niewiele brakowało. W końcu odstawiam Celinkę i Pimpka, biegnę dalej. W przebieralni zakładam skarpety i buty, łapię przygotowane na bieg żele Huma, zakładam czapeczkę i ruszam. 3:43 spędzone w T2  to bardzo słaby wynik, fatalny wręcz. Ale znów: wygrał u mnie rozsądek i dbałość o bezpieczeństwo. Nie przewróciłem się – to sukces.

Pilnuję się, by zacząć w miarę spokojnie, pierwszy kilometr w 4:18 to dobry start. Czuję się dużo lepiej niż w Suszu i podejmuję decyzję o postawieniu wszystkiego na jedną kartę. Choć Olga mówiła „stać cię na bieg po 4:05”, próbuję zawalczyć o 3:59. Nie mam nic do stracenia, po cichu liczę, że poniesie mnie fantastyczny doping kibiców, którzy są rozstawieni prawie na całej trasie etapu biegowego. Lepiej było tylko w Roth. No ale w Roth w ogóle było najlepiej, więc „prawie jak w Roth” jest ogromnym komplementem! :)

Drugi kilometr to podbieg, więc jeszcze na zaciągniętym hamulcu, a potem zaczyna się walka. Boli od samego początku, ale nie przyjechałem się tutaj opalać (choć słońce zaczyna solidnie operować na nieboskłonie). Wóz albo przewóz.

Dychę pokonuję w 40 min, choć walka ze Świętojańską jest wyczerpująca. Paskudny ten podbieg. Nie jest stromy, ot, ledwie leciutko idzie w górę, nachylenie ma około 2 proc. i jest równo pod górkę bez szarpania. Tylko że to 900 m. Na pierwszym okrążeniu po prostu zwolniłem, na drugim było już cholernie ciężko. Po 12 km zaczęło gasnąć światło.

Z rozpędu 3 km pokonałem jeszcze po 4:05–4:15, a potem skończyły się marzenia o <1:25 na połówce. Na punkcie odżywczym musiałem przejść do marszu, bo nie byłem w stanie zjeść żelu i popić go, nawet truchtając. Nogi za diabła nie chciały współpracować i choć wyzywałem je od najgorszych, nie mogłem mocniej ruszyć po minięciu punktu. Gdyby nie to, że kawałek dalej stała Ala, a za nią przy punkcie sponsorowanym bodaj przez Mercedesa konferansjerkę uprawiał fantastyczny Kuba Graczykowski, nie ruszyłbym już w ogóle do biegu. Ale wiedziałem, że oni tam są i że po prostu nie wypada się poddać.

Piątka z Kubą zawsze super :)
Piątka z Kubą zawsze super :)

Trzeci pojedynek ze Świętojańską przegrałem z kretesem. Człapałem po 4:50, a na twarzy musiałem mieć straszne cierpienie, bo niektórzy kibice dziwnie na mnie patrzyli. Zupełnie nie kalkulowałem czasu na mecie, wiedziałem na pewno, że na życiówkę nie mam szans, że na dobre miejsce i slota do Nicei nie mam szans, chciałem tylko jak najszybciej znaleźć się już na mecie.

Nie mam siły na zryw. Pięć kilometrów (16.–20.) pokonuję w ponad 22 min. Na ostatnim biegu nadmorskim bulwarem jeszcze atak kolki spowodowany zbyt łapczywą próbą napicia się wody. Boli brzuch, bolą uda, bolą łydki i jeszcze głowa się gotuje od słońca. Mam dość.

Dobrze to ja na trasie biegowej nie wyglądałem / fot. Airbike
Dobrze to ja na trasie biegowej nie wyglądałem / fot. Airbike

Mogłem w takim nastroju dobiec do mety, albo…

Skręcam w kierunku mety, zostało jakieś 200–250 m. Czasu już nie poprawię, ale swoje wrażenia – owszem. Wzdłuż ostatniej prostej szpaler fantastycznie animowanych przez DJ-a kibiców. Rytmiczna muzyka, uderzenia w bandę, krzyk. Zaczynam machać do nich rękoma, by robili jeszcze więcej hałasu. Jest coraz głośniej i coraz przyjemniej. Nie czuję bólu mięśni, kolka odpuszcza, znika frustracja związana z nie do końca udanym startem, jest tylko tu i teraz. A to tu i teraz było absolutnie przefantastyczne. Dla tego finiszu warto było męczyć się 4,5 godziny! Dzięki kibice, dzięki prowadzący tę imprezę, byliście doskonali. DOS-KO-NA-LI!

Jedna z najlepszych ostatnich prostych w życiu :)
Jedna z najlepszych ostatnich prostych w życiu :)

A ja?

Ironman 70.3 Gdynia: czas 4:35:42; 145/1935 miejsce w klasyfikacji open (7,5%) i 35/382 miejsce w kategorii M35-39 (9,2%)

Do doskonałości to mi ciut zabrakło. A może i dwa ciuty. Bez życiówki, bez TOP10 w kategorii, bez szans na slota do Nicei. Nie ma co gdybać, to moja czwarta połówka z podobnym czasem, tym razem na trudnej trasie, więc nie mogę być zbyt krytyczny. Może za wyjątkiem pływania, bo to, co się wydarzyło w drugiej części etapu pływackiego, lepiej chyba po prostu pominąć milczeniem.

Trochę górski etap rowerowy wypadł co najmniej dobrze, a bieg po prostu na moim obecnym poziomie. W żadnym wypadku nie żałuję, że podjąłem ryzyko walki o tempo 4 min/km. Nie udało się, trzeba trenować dalej. Do końca sezonu został jeden albo dwa starty (zależy jak będę czuł się po tym pierwszym), a potem trzeba coś zrobić z pływaniem, bo w obecnej formie nie ma to dalej sensu, powoduje jedynie frustrację.

Pomijając moje pływanie, to ten weekend był piękny, nie ma tego złego… :) Iska, Baziu – dzięki za gościnę, kebabiki z sosem czosnkowym wymiatają! Mniej i lepiej znani mi kibice na trasie – dzięki za doping, „CIŚNIJ, KRASUS!!!” zawsze dodaje siły! Anonimowi wolontariusze – byliście fenomenalni! Ci, którzy kibicowali mi z całego serca to w ogóle są najlepsi na świecie ;*

Love kibice &lt;3
Love kibice <3

Ach, i ogromne ukłony dla ekipy Trinergy, która w Gdyni i Tallinie zdobyła masę slotów na mistrzostwa świata. Kłaniam się w pas! Jesteście dla mnie, ludziska, motywacją do treningów i walki na każdych zawodach.

I na koniec, koleżanki i koledzy na trasie – dzięki za rywalizację! A tym, którzy draftowali i śmiecili na trasie, niech Święty Mikołaj zamiast przynieść prezent, wsadzi rózgę głęboko w dupę.

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułTen z nieudanym walcem i najszybszym pływaniem w życiu
Krasus – biegacz, napieracz, triathlonista i pĄpkins pełną gębą. Jego filozofia uprawiania sportu łączy ciężką pracę i ciągłe dążenie do bycia lepszym z dobrą zabawą, bo przecież w życiu chodzi o to, by było fajnie. Zrobił swoje jeśli chodzi o uklepywanie asfaltu i teraz realizuje się w terenie. W lesie, z mapą czy w górach czuje się jak ryba w wodzie!

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here