Nie będzie to chyba przesada, gdy powiem, że biegowo to ja wychowałem się w Lesie Kabackim. To tam, z Amrą i Kossą, wiele lat temu wychodziłem na swoje pierwsze bieganie. W zwykłych sportowych butach, bez zegarka, pulsometru i wszystkiego innego. Szliśmy „pobiegać” – dla zdrowia i formy. Gdy potem wyprowadziłem się z Kabat trafiłem na drugą stronę tego samego lasu – do Mysiadła. I gdy zacząłem poważniej traktować bieganie („rozpoczęła się moja kariera” – he, he), to też wiele razy biegałem właśnie tam.

Jedne treningi wchodziły lepiej, a inne gorzej. Pamiętam jedną z kobył przed łamaniem trójki w Rotterdamie. Wymyśliłem sobie 15 km pierwszego zakresu i 15 kolejnych tempa maratońskiego. Po siedmiu czy ośmiu kilometrach od przyśpieszenia byłem już wykończony, parę kilometrów później trening przerwałem i jak niepyszny wróciłem do domu. Spotkałem wtedy w lesie Dryjkę i jak dziś pamiętam jej słowa: „wyglądałeś jak zombie”.

Co ciekawe, nigdy w Lesie Kabackim nie startowałem, choć Grand Prix Warszawy odbywa się tam od wielu, wieeeelu lat. Nigdy – do poprzedniej soboty :) W ramach przygotowań do maratonu w Walencji ustaliliśmy z Olgą, że warto będzie sprawdzić, czy forma rośnie. Wiadomo, że najlepiej byłoby polecieć uliczną szybką połówkę, ale z braku laku (i czasu) zdecydowaliśmy się na dychę w Lesie Kabackim.

Znając wyniki z poprzednich edycji, ustawiłem się w pierwszym/drugim rzędzie. Po 10 m biegu byłem dziewiąty w stawce i… tak właśnie dobiegłem do mety. Udało się nie ruszyć za mocno (pierwszy kilometr lekko z górki w 3:47), a potem do mety utrzymać równą intensywność. Ciężko było już od trzeciego–czwartego kilometra, ale gdyby nie było, to byłby to znak, że biegnę za słabo.

Po cichu liczyłem, że uda się biec z kimś. Czołowa ósemka była za mocna, miałem więc nadzieję na współpracę z chłopakami, którzy od początku biegli tuż za mną. Bodaj na drugim kilometrze puściłem kolegę w koszulce Vege Runners przed siebie, ale trochę zwolnił i za bardzo odpoczywałem, kiedy za nim biegłem. Przejąłem więc prowadzenie i skupiłem się na tym, by biec równo i mocno, a kolega cisnął na moich plecach.

Za nawrotką znów spróbowałem oddać prowadzenie, ale znów biegnąc na plecach Marcina (ach, te Marciny – takie ładne imię!), czułem, że biegniemy za wolno. Przyśpieszyłem więc i, nie oglądając się, pobiegłem do przodu, zyskując paręnaście metrów przewagi.

Robiło się coraz trudniej, po 5 km tętno na stałe zameldowało się na poziomie 175–177 uderzeń (taka ciekawostka: średnia z szóstego, siódmego, ósmego i dziewiątego kilometra to 176 bpm, ależ to piękne!), ale udało się utrzymać intensywność. Końcówka była ciężka, bo lekko pod górkę, no i poziom zmęczenia już spory, udało się jednak na ostatni kilometr wysupłać trochę więcej energii i przyśpieszyłem do 3:39. Trochę cykałem się, czy Vege Runner (nie wiedziałem wówczas jak ma na imię, więc w myślach nazwałem go od koszulki) nie dowali do pieca na finiszu i co jakiś czas oglądałem się za siebie – na szczęście było bezpiecznie, a na mecie miałem finalnie 14 sekund przewagi.

Mimo leśnej nawierzchni, Zante były świetnym wyborem :)

Nie jest to trasa atestowana, ale gdy zmierzyłem ją na mapie, to wyszło równe 10 km. 37:18 na leśnej trasie to całkiem niezły wynik, choć nadal o ponad minutę wolniejszy od tego, co pobiegłem w Żninie w 2016 r. (Tam trasa oficjalnie miała… 10,3 km i pokonałem ją w 37:08). Niełatwa nawierzchnia trochę spowalnia, jestem przekonany, że na asfalcie pobiegłbym co najmniej pół minuty szybciej (co byłoby wynikiem w okolicy mojej oficjalnej życiówki ze Swarzędza – 36:40).

Jest to odrobinę za wolno, by myśleć o złamaniu 2:50 w maratonie, ale przede mną jeszcze dobry miesiąc ciężkiej pracy, a tak naprawdę do maratonu przygotowuję się dopiero od miesiąca i z tygodnia na tydzień biega mi się coraz lepiej. Oby tylko zdrowie dopisało, a jestem dobrej myśli :)

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułTen z pływacką rewolucją
Krasus – biegacz, napieracz, triathlonista i pĄpkins pełną gębą. Jego filozofia uprawiania sportu łączy ciężką pracę i ciągłe dążenie do bycia lepszym z dobrą zabawą, bo przecież w życiu chodzi o to, by było fajnie. Zrobił swoje jeśli chodzi o uklepywanie asfaltu i teraz realizuje się w terenie. W lesie, z mapą czy w górach czuje się jak ryba w wodzie!

3 KOMENTARZY

  1. Całkiem dobry wynik 9 miejsce nie jest takie złe. Czas faktycznie możesz jeszcze poprawić, ale masz jeszcze dość czasu na to :) Powodzenia w maratonie w Walencji :) Pozdrawiam.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here