Drogi Maratonie,

dokładnie 1694 dni upłynęły od chwili przekroczenia linii mety na Coolsingel w Rotterdamie do momentu, gdy w niedzielę na spektakularnym Pont de Montolivet w Walencji stanąłem na linii startu. 1694 dni to jakieś 242 tygodnie, 56 miesięcy, ponad cztery i pół roku! Szmat czasu. Pomiędzy jednym a drugim dniem dwa razy pokonałem 42,2 km podczas ajrona, pięć razy w ramach górskich ultra i siedem razy, biegnąc na orientację. W sumie przez te dni dystans 42,2 km lub więcej przebiegłem zatem 14-krotnie.

A powiem Ci, Drogi Maratonie, że i tak za Tobą tęskniłem. Brakowało mi Ciebie, bo jest w Tobie coś wyjątkowego. „Suche” 42,2 km po asfalcie to ostatni krążek cebulowy zamoczony w sosie czosnkowym leżący na talerzu, to prawdziwe krem-de-la-krem biegania. W Walencji postawiłeś mi warunki trudniejsze niż w Rotterdamie w 2014, rok wcześniej w Barcelonie i nawet w Warszawie i Poznaniu w 2012. Pierwszy raz od 2012 byłem zmuszony przejść do marszu.

Dałem sobie minutę odpoczynku po 33. kilometrze biegu w tempie 4:00. Biegu niemal idealnego, jak po sznurku. Wcześniej byłeś dla mnie łaskawy, dziękuję Ci, mój drogi Maratonie, bardzo! Od pierwszego kilometra biegłem maksymalnie skupiony i starałem się bezsensownie nie spalić ani jednej kalorii. Jak najbliżej się dało trzymałem się innych biegaczy (a grupka biegnąca po 4:00 była super), przybiłem zaledwie trzy piątki z kibicującymi dziećmi, a z ust nie wypłynęło ani jedno słowo. Spodziewałem się, że nadejdzie moment, w którym pogrozisz palcem i zrobi się trudniej. Byłem gotowy na ból, cierpienie i walkę. Ani przez chwilę nie sądziłem, że będzie łatwo, lekko i przyjemnie.

fot. Marathon-Photos.com
fot. Marathon-Photos.com

Dziękuję Ci za to, że na drugim kilometrze odnalazłem w tłumie biegaczy (tak, tak, na czas sub2:50 biegł w Walencji tłum i to nie tylko na drugim kilometrze, wynik 2:50 lub lepszy zrobiło jakieś 750 osób!!!) Belę – Hiszpana, który miał dokładnie taką technikę biegu jak mój ulubiony biegowy ziom. Trzymałem się jego koszulki „RUN & FUN” przez dobre 20 km. Z niedowierzaniem patrzyłem na jego pracę nóg, myślałem „Bela tu jest” i nie wiesz nawet, jak bardzo mi to pomagało. Mój hiszpański Bela biegł idealnie równo, nie szarpał, nie zwalniał i nie przyśpieszał. Kilometry w skupieniu leciały jeden za drugim.

Zobacz, drogi Maratonie, do 25. kilometra kolejne piątki (według oficjalnego pomiaru) pobiegłem tak: 20:10, 19:59, 19:57, 20:01 i 20:00. Cały czas z tymi samymi osobami. Dzięki za dokładne ustawienie oznaczeń kilometrów. Na wielu mój 935 pikał idealnie wtedy, kiedy powinien. Trochę gubił się tam, gdzie się spodziewałem – na węższych uliczkach z wysokimi budynkami, wtedy po prostu korygowałem, korzystając z oznaczeń.

Do tego 25. kilometra czułem się niemal komfortowo. Intensywność była dość wysoka, ale akceptowalna. Przypominałem sobie słowa Dżołika o tym, że już po 15 km może być ciężko, ale muszę walczyć do końca o jak najlepszy wynik. Odhaczyłem 15. kilometr, odhaczyłem 20., odhaczyłem 25. Uśmiechnąłem się, ale w żadnym wypadku nie pomyślałem wówczas, że już jestem na wygranej pozycji. Dobrze wiem, jak to z Tobą jest.

Po krótkim spotkaniu z Alą i Remisiem na 26. kilometrze (dzięki, że byliście!) zrobiło się trudniej. Zacząłem gubić technikę i nie byłem w stanie niczego z tym zrobić. Grzałem się, tętno rosło, a tempo spadło o 2–3 sekundy na kilometr, szósta piątka zajęła mi 20:11. Nadal nieźle, nadal utrzymywałem zapas do wymarzonego sub2:50, wszak 4:02 to średnie tempo właśnie na taki wynik. „O, zaczął się maraton”, pomyślałem. A&R byli jeszcze na 29. kilometrze, tam ich już nie zauważyłem, było coraz gorzej. „Przez te trzy kilometry stałeś się zupełnie innym człowiekiem. Za pierwszym razem radość i spokój, za drugim już duży wysiłek i zmęczenie”, usłyszałem po biegu.

W głowie jeszcze kalkulowałem, jakie tempo muszę utrzymać do mety, by zgrzać 2:51:51 Kamila. Miałem świadomość, że sub2:50 zaczyna mi uciekać. Jeszcze próbowałem utrzymać się za dwoma Hiszpanami w żółtych bezrękawnikach, jeszcze kilometry 31–33 km wpadły po 4:03–4:05, ale wiedziałem już, że koniec się zbliża. Głowa się grzała (może jednak czapeczka byłaby lepsza niż daszek…?), a obfite polewanie się wodą z jednej strony ratowało przed ciepłem (było już z 16–17 stopni Celsjusza – za dużo jak dla mnie), ale z drugiej obciążało koszulkę i moczyło buty (przez co mam dwa fioletowe paznokcie).

W towarzystwie dwóch lokalsów w żółtych bezrękawnikach / fot. RunEat.pl
W towarzystwie dwóch lokalsów w żółtych bezrękawnikach / fot. RunEat.pl

Groziłeś palcem, czułem się ostrzeżony, ale nie spodziewałem się, że TO stanie się tak nagle.

JEBUT!

To było chyba najbardziej spektakularne JEBUT, jakie mi się przytrafiło (a nie było ich przecież wiele). 33,2 km – pamiętam dokładnie moment, w którym mięśnie powiedziały „NIE”, a moja wola walki i motywacja nie miały nic do powiedzenia. Kompletnie nic! Po prostu nie byłem w stanie biec. Nie była to odcinka energetyczna (wcześniej zjadłem cztery żele Huma, przegryzając je jeszcze pastylkami Dextro!), a czysto mięśniowa. Musiałem przejść na chwilę do marszu.

W głowie burza myśli. Co zrobić?! Do mety prawie 9 km, a tu taki klops. Przypomniała mi się jedna z lekcji MKON-a, że trzeba umieć przygotować plan B. W głowie pojawił się maratoński trening 2 × 8 km, który biegałem sam kilka tygodni temu nad Wisłą.

Postanowiłem więc dać sobie tę minutę w marszu, a potem wrócić do 4:00–4:05 i skończyć w 2:50 z małym groszem. 9 km to niewiele więcej niż tamte 8 na treningu na bulwarach. „Dam radę” – pomyślałem. „Figa z makiem pod kozakiem” – odpowiedziałeś. Każda próba biegu na intensywności zbliżonej do poprzedniej powodowała w moich mięśniach armagedon, sprawiała, że ból był nie do wytrzymania.

Tak wyglądałem po JEBUT biegnąc w tempie 4:00-4:10. To ostatni kilometr, na twarzy coś jakby szczęście ;) / fot. Marathon-Photos.com
Tak wyglądałem po JEBUT biegnąc w tempie 4:00-4:10. To ostatni kilometr, na twarzy coś jakby szczęście ;) / fot. Marathon-Photos.com

Cieszę się, że łaskawie zgodziłeś się na pokojowe rozmowy, że dałeś mi szansę. Dziękuję! Choć negocjacje nie były łatwe, udało się nam osiągnąć kompromis w postaci tempa 4:15–4:20, co oznaczyło, że na dystansie maratonu nadal będę Kamila gonił. Zmusiłeś mnie jeszcze do tego, bym na punktach odżywczych dwa razy przeszedł na chwilę do marszu, co nogom pozwoliło odetchnąć, a ja wykorzystałem ten czas, by spokojnie napić się izotoniku.

Z każdym kolejnym krokiem utrzymanie tempa kosztowało mnie więcej, technika biegu posypała się kompletnie i obawiam się, że gdyby nie Remiś na 38. kilometrze, który krzyknął, że mam walczyć i nagrał mnie telefonem („Jesu, jak ja będę na tym filmiku wyglądał?!”), to zwolniłbym jeszcze bardziej.

Z ostatnich kilku kilometrów walencjańskiego spotkania z Tobą pamiętam raczej niewiele. Bardziej są to konkretne ujęcia, kadry niż całe sceny. Jakieś dziecko w tłumie kibiców stojące z wystawioną do przybijania piątek ręką, jakiś zakręt w lewo, lekki podbieg (może 10 cm pod górkę), który sprawił mi kłopot. Szpaler kibiców zorganizowałeś genialny. Był prawdziwy hałas i to było wspaniałe. Wcześniej na trasie bywało tak, że tłum kibiców stał i nic nie robił w oczekiwaniu na swojego biegacza. Na ostatnich kilometrach kibicował już każdy. Robili dobrą robotę. Choć nie było tego po mnie widać, to naprawdę byłem im wdzięczny za doping.

Ostatni kilometr w Walencji oznaczyłeś tablicami co 100 m. W dziewięciu przypadkach na dziesięć powiedziałbym, że takie oznaczenie to świetne rozwiązanie, ale tym razem tylko utrudniało mi to życie. Uświadamiało bowiem, jak daleko jest jeszcze do mety. Tradycyjnie końcówkę miałem w głowie podzieloną na 400-metrowe okrążenia bieżni na Agrykoli biegane z Belą i Dżołikiem, ale te kółka chyba nigdy nie leciały mi tak wolno. Wizualizowałem sobie każdy zakręt i prostą, sapanie chłopaków obok mnie, a czas jakby zwalniał, sekundy wlokły się niemiłosiernie. Choć próbowałem, to nie zgodziłeś się na przyśpieszenie. Kilkusetmetrowy finisz w okolicach 4:00 to nie finisz.

Jak już udało mi się cieszyć z finiszu, to jestem na zdjęciu niewyraźny ;) / fot. Marathon-Photos.com
Jak już udało mi się cieszyć z finiszu, to jestem na zdjęciu niewyraźny ;) / fot. Marathon-Photos.com

Na lotnisku w Walencji wzięto mnie do losowej kontroli na ślady narkotyków w bagażu. I powiem Ci szczerze: dziwię się, że niczego nie wykryto, bo poziom endorfin po tym wyjeździe mam solidnie ponad wszelkimi normami.

Trafnie moje odczucia po spotkaniu z Tobą w Walencji określiła to w komentarzu Ania Kamińska: „Mam wrażenie, że w ostatnim (szeroko pojętym) czasie trochę zmieniło się Twoje podejście do biegania, a przynajmniej ja to tak czuję w tym, co piszesz. Jest walka, ale jest też dużo radości i miejsce na zadowolenie”. Tak, nauczyłem się cieszyć z tego co mam, radość z biegania to wspaniała sprawa.

Nie można być wiecznie niezadowolonym, bo wieszanie poprzeczki wysoko nierozerwalnie łączy się ze strącaniem jej. Od samego początku, deklarując atak na sub2:50, podkreślałem, że zdaję sobie sprawę z chwiejności tego pomysłu. To był cel na granicy moich możliwości, a może nawet odrobinkę poza nimi. Musiałoby wszystko zagrać na 101 proc., bym go zrealizował, a nie zagrało. Zagrało 99 proc. i to było za mało. 2:52:37 to świetny wynik, w sobotę napisałem, że z czasu 2:52–2:53 będę zadowolony i tak jest. Wracam na pĄpkinsowe pudło, ale nie mówię ostatniego słowa, jeszcze się, mój drogi Maratonie, spotkamy.

O dziwo, nie śpieszy mi się jednak do kolejnej randki z Tobą. Jestem przekonany, że po zrzuceniu kawałka sadła (do wagi startowej przyłożyłem się mniej niż do treningów i kilograma zabrakło) i unikając problemów pokarmowych w ostatnich dniach przed startem (ach, ta Hiszpania, pierwszy raz maraton biegłem z papierem toaletowym), 2:50 byłoby do złamania przy najbliższej okazji. Mam mały niedosyt, ale nim znów się z Tobą zmierzę, chcę zaczekać, zatęsknić i z przytupem do Ciebie wrócić. Kocham Cię, lecz na najbliższe dwa–trzy lata znów odpuszczam, skupiam się na pływaniu.

Twój Krasus

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułTen z drogą do maratonu cz. 6 (strategia na Walencję)
Krasus – biegacz, napieracz, triathlonista i pĄpkins pełną gębą. Jego filozofia uprawiania sportu łączy ciężką pracę i ciągłe dążenie do bycia lepszym z dobrą zabawą, bo przecież w życiu chodzi o to, by było fajnie. Zrobił swoje jeśli chodzi o uklepywanie asfaltu i teraz realizuje się w terenie. W lesie, z mapą czy w górach czuje się jak ryba w wodzie!

17 KOMENTARZY

  1. „ostatni krążek cebulowy zamoczony w sosie czosnkowym”
    Miszcz
    .
    .
    Gratulacje! Dopóki walczysz jesteś zwycięzcą :)

  2. Pięknie napisane!
    Ta wola walki to coś czego zabrakło mi w tym roku w Poznaniu. Jak dobiegłem byłem zadowolony, później przyszedł niedosyt. Za szybko głowa opuściła. Ale też jeszcze ostatniego słowa nie powiedziałem, Maratonie – w 2020 zmierzymy się po raz kolejny.
    Pozdrawiam

  3. To był mój 4 maraton a i tak zlekcewazylem fakt, że tutaj głowa musi być tak mocna albo nawet mocniejsza niż nogi. Widocznie będę się uczył całe życie.

  4. Aj przepraszam zdublowalem komentarz. A wiesz jak mi głupio było na trasie jak ja już zrezygnowany truchtałem a tam Wybiegany stał i robił hałas? No nic, maraton potrafi być świnią, a i tak przyciąga.

  5. Gratulacje! Świetny wynik i bardzo fajne podsumowanie :) Szacun za walkę o utrzymanie tempa do samego końca. Mnie w Poznaniu w tym roku pokonała temperatura i niestety zwalniałem powoli od 25km, mimo że głowa „parła do przodu”.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here