„Jak będziesz biegł? Równo czy negative splits?” to pytanie, które w ostatnich kilku dniach zadawano mi chyba najczęściej. Nic w tym zaskakującego. Strategia (i jej konsekwentna realizacja) to podstawa każdego biegu, pytanie o nią nie jest więc zaskakujące. Zaskakiwać niektórych może jednak odpowiedź. „Ani równo, ani negative splits!”.

Choć uważam, że NS (przyśpieszenie w drugiej części biegu) co do zasady jest najlepszą strategią na zawody biegowe, to maraton rządzi się własnymi prawami. To dystans, w którym druga część jest naprawdę, naprawdę, ale to naprawdę trudna. Kiedyś wykoncypowałem sobie, że dobrze byłoby mieć mały zapas na połowie, bo po 30. kilometrze może się wiele wydarzyć, wtedy nawet skorzystanie z punktu odżywczego jest trudne i mogę potrzebować lekko zwolnić.

I zarówno w Barcelonie (KLIKU-KLIKU), jak i Rotterdamie (KLIKU-KLIKU) właśnie tak pobiegłem. Nie mając rozpiski kilometrowej, na którym kilometrze mam zwolnić, ale z założeniem, że biegnę odrobinę szybciej niż planowane tempo. W Barcelonie pierwsza połówka wyszła w 1:38:51, a druga w 1:40:23, w Rotterdamie proporcje były podobne: 1:29:10 i 1:29:51.

4:02

Jak chcę rozegrać Walencję w szczegółach? Aby pokonać 42,2 km w 2:49:59, muszę pobiec każdy kilometr średnio po 4:02. Zakładam, że początek będzie odrobinę wolniejszy, wdrożenie się w bieg powinno zająć mi dwa do trzech kilometrów, kiedy to dopuszczam bieg w okolicy 4:05. Potem chciałbym złapać tempo 4:00 i… utrzymać je najdłużej jak się da, przy czym bardzo ważne będzie, by nie przyśpieszać za bardzo. Trasa jest idealnie płaska, pogoda zapowiada się bezwietrzna, nie ma powodu, by choćby jeden kilometr (no chyba że ostatni) zaksięgować w szalone 3:55 czy szybciej. Ideałem byłoby na połówce znaleźć się odrobinę wcześniej niż po 1:25:00. Tak na przykład po 1:24:40.

Nie jest to taki „książkowy” positive splits, który zakłada zwolnienie po iluś tam kilometrach. To raczej chęć posiadania minimalnego zapasu, który da mi trochę komfortu w głowie i pozwoli spokojnie zjeść żel na 30. kilometrze, a kilka kilometrów dalej złapać na punkcie kawałek pomarańczy, polać się wodą i finalnie przekroczyć linię mety choćby o kilka sekund szybciej niż 2:50.

Dziś był dzień relaksu, który pozwolił mi trochę zluzować głowę i przemyśleć parę spraw związanych z jutrzejszym biegiem. I dlatego właśnie lubię jeździć na zawody z ludźmi, bo czas jakoś tak lepiej mija. Posiedzieliśmy w knajpie, wykonaliśmy leżing na plaży, było i wspólne gotowanie makaronu i obijanie ile tylko się da, z nogami w górze. Jak jadę z kimś, to nawet stresu jakby trochę mniej, bo czas leci lepiej. Dzięki Ala, Diana i Remiś!

42,2 km to kawał drogi

Zdaję sobie sprawę z tego, że maraton to pierońsko długi dystans. Czterdzieści-kurde-dwa kilometry. To właściwie tyle, co ze Żnina do Bydgoszczy. Wiele może się zdarzyć i wszystkie kalkulacje mogą wziąć w łeb. No, ale coś w głowie trzeba mieć, o czymś muszę przez 42,2 km myśleć i coś sobie kalkulować w trakcie. Po to te wszystkie obliczenia są.

Jak już pisałem, mam poczucie, że złamanie o kilka sekund 2:50 to wynik na granicy moich możliwości. Poprawa życiówki o 9 minut na maratonie to niemało, ale trzeba pamiętać, że obecna pochodzi z 2014 r., było to szmat czasu temu. Samo jej pobicie nie będzie satysfakcjonujące. Nie byłbym sobą, gdyby nie przemyślał tego, jaki wynik da mi uśmiech na mecie. Gdzieś w głowie mam taką myśl, że 2:53 byłoby spoko. Co nie zmienia naturalnie faktu, że celem jest złamanie 2:50 i zrobię wszystko, by się udało. :)

Maraton w Walencji to duża i mocno obsadzona impreza (więcej o tym we wcześniejszym wpisie), jestem przekonany, że będzie z kim szybko biec. Mam nadzieję złapać fajną grupkę i jak najwięcej korzystać ze wspólnego biegu. Na maratonach zwykle takie grupy i tak się rozpadają po pewnym czasie, oby ta utrzymała się jak najdłużej!

Lubię dobre sportowe wspomnienia, dodają mi sił:) Te z Karkonoszmana takie są. / fot. Marcin Oliwa
Lubię dobre sportowe wspomnienia, dodają mi sił:) Te z Karkonoszmana takie są. / fot. Marcin Oliwa

I jeszcze trochę motywacji

„Wiesz, co robić, jesteś gotowy i zmotywowany. Teraz wcielasz plan w życie i ręce w górę na mecie” – ładnie mi trener Olga dziś napisała. „Pamiętaj, że jak lecisz na 2:50 i zrobi się ciężko, nawet już na 15. czy 25. kilometrze, to nie odpuszczaj, tylko ciśnij na plan minimum, czyli wskoczenie na pĄpkinsowe drugie miejsce” – to zaś Dżołik (do pobicia jest 2:55:39 Radka). Są i takie naprawdę od serca porady: „Pobiegnij ostatni kilometr w 3:00!” mówi Sołtys Otwocka. No gdybym na maratonie ustanowił życiówkę na 1000 m, to by dopiero było coś!

„Jak będziesz miał ochotę odpuścić, to przypomnij sobie, jak .ujowo czułeś się, odpuszczając podczas Żoliborskiego Biegu Mikołajkowego w 2015 r. Zrób wszystko, by maratonu w Walencji tak nie wspominać” – a to… już ja sam. Nie wyobrażacie sobie nawet, jak bardzo w moim wypadku taka motywacja działa. Bywają sytuacje, kiedy DNF czy odpuszczenie tempa jest rozsądnym wyborem (uraz czy inne problemy zdrowotne), ale zwolnić, bo jest ciężko? O nie, to nie wchodzi w grę. NIE!

Plan na bieg jest, żywienie przemyślane (więcej o nim w poprzednim wpisie), pozostaje tylko tego nie spier… ;)

„Powalcz o życiówkę, bez względu na to, czy będzie to 2:49, czy 2:56. No i najważniejsze: nie obsraj się :D” – no teraz to już nie mam wyjścia, dzięki Beluś! :)

11. PZU Półmaraton Warszawski, Sportografia.pl

4 KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here