Są ludzie, którzy nie nadają się do ciężkiej pracy treningowej. Brzydzą się potem, wzdrygają na samą myśl o wychodzeniu poza strefę komfortu, nie chcą smarkać na treningu. A potem latami nie poprawiają wyników. No bo skąd te wyniki miałyby się wziąć?

Są też tacy, którzy trenują, sapią, dyszą i wylewają siódme poty. Treningi wskazują, że powinni 42,2 km łyknąć niczym pelikan rybki. A potem z żelazną konsekwencją na trasie maratonu im nie wychodzi. I tak rok za rokiem, niestrudzenie trenują, cisną, marzą o pokonywaniu granic i… nic. Prawdopodobnie nie mają ku temu predyspozycji, czasami mentalnych, a czasami fizycznych.

I… wiecie co? Niczego złego w tym nie widzę. Ot, każdy z nas jest inny. Nie każdy się do wszystkiego nadaje.

Ja, na ten przykład, nie nadaję się do trzymania diety. Kompletnie. Ale to naprawdę, naprawdę. W ogóle.

Jak większość sportowców, w pewnych okresach (chorobowe, kontuzja, roztrenowanie etc.) szybko łapię dodatkowe kilogramy. Przyzwyczajony do wysokiego zapotrzebowania kalorycznego organizm nadal chce jeść, a spalanie drastycznie spada. Dodatkowo kuszą rzeczy, których człowiek odmawia sobie na co dzień. Wielu z Was zna to zapewne z autopsji. W miesiąc czy dwa z umięśnionego sportowca łatwo zmienić się w oblanego lekkim tłuszczykiem mniej_sportowca. OK, nadal wyglądającego lepiej niż przeciętny przechodzień na ulicy, ale te kilka kilogramów dodatkowego tłuszczu robią różnicę, musicie mi uwierzyć.

Ślinka cieknie….

Wiele osób w trakcie powrotu do trenowania ustala sobie jednocześnie zasady rządzące miską i kilogramy same wracają do tych pasujących do sportowca. Ja zaś zaczynam przeżywać katusze. Problem polega bowiem na tym, że uwielbiam jeść. Lista ulubionych dań czy przekąsek mogłaby zająć całego bloga. Co z tego, że pójdę do Jagody (polecam z całego serca!!), która co do kcal rozpisze mi kolejne dni w zależności od obciążeń treningowych? Co z tego, że każdego poranka na wycieraczce ląduje paczka z pięcioma lub sześcioma fajnie dobranymi pudełkami (również polecam!) pełnymi jedzenia?

Ileż to razy postanawiałem sobie, że nie jem słodyczy, nie piję piwa i nie podjadam pomiędzy posiłkami. W tego typu postanowieniach czy wyzwaniach nie jestem w stanie wytrzymać nawet kilku dni. I nie chodzi nawet o to, że co jakiś czas trafia się „okazja” w postaci jakiegoś święta czy wyjścia ze znajomymi.

Chodzi o codzienność, bo ja po prostu kocham jeść. Próbuję wytrzymać np. bez słodkich przekąsek, a moje serce wtedy pęka na pół. Krwawię, przechodząc obok cukierni, łzy same cisną się do oczu, gdy widzę chłodziarki z lodami w sklepie, a na widok pudełka raffaello mam niepohamowane drgawki. Wiem, że wiele osób zjada w miejsce słodycza owoc i wszystko jest OK. Uwielbiam ligole, pochłaniam banany, pomarańcze i wiele innych. Ale to wszystko jest dla mnie super, jeśli jest „obok”, a nie „zamiast”. Nijak mają się one do milki z daimem albo opakowania jeżyków z bakaliami.

Nie i koniec.

A jeszcze trudniej jest z chipsami.

Każdy jest do czegoś urodzony i ja to chyba jestem urodzony do jedzenia czipsów.

Jak idę do Biedry po jabłka, kefir i jajka na szakszukę, to półkę z czipsiorami omijam szerokim łukiem. Przymykam lewe oko i pędzę między kiełbasami, papryką i ryżem, byle tylko nie spojrzeć na te powiększone promocyjne paczki lay’sów. I tak sobie pomykam, mijam kaszę mannę, wołowinę na rosół (hyc do koszyka, bo za dobry rosół dałbym się pociąć) i puszki z filetami z makreli.

I nagle, zupełnie niespodziewanie, po prostu znikąd, w miejscu, w którym go być zdecydowanie nie powinno (koło płatków cynamonowych – świetnie się je podjada nakładając dzieciom) – JEBS! Promocyjny stand crunchipsów. I to x-cutów.

On nic nie mówi, on tylko stoi. Tutaj paprykowe, półkę niżej solone, no i serowo-cebulowe oczywiście. Ja p.i.e.r.d.z.i.u.

Przełykam głośno ślinę, „GURP” słychać w całym sklepie. Zagryzam zęby i zaczynam śpiewać kolędy, by moje myśli uciekły w Bieszczady, na trasę Biegu Rzeźnika. I nawet nie chodzi o to 5,99 zł za paczkę. Chodzi po prostu o to, że one tam są, a ja muszę się z nimi zmierzyć.

Albo te małe paczki, co to czają się na mnie przy kasie, albo pomiędzy pełnoziarnistymi bułkami a chlebem dyniowym. Wiszą i kuszą. Złoty siedemdziesiąt albo złoty osiemdziesiąt. Niewiele, a ile radości, nie? Na szczęście w Biedrze tych słodziaszczych maluszków nie ma. Spotykam je zwykle w małych niesieciowych sklepach, a takiego sklepu pod ręką (na szczęście!) nie mam…

A to tylko słodkie i słone przekąski. A gdzie pyszna kanapka z dobrą wędliną, serem, kupą warzyw i pacnięta majonezem pomorskim? A gdzie wołowy tatarek z jajkiem, ogórkiem i cebulką? Albo jajecznica na skwierczącym boczuniu? A co z wyciskanym sokiem pomarańczowym, puszeczką coli po treningu i dobrym chmielowym? A wizyta w rodzinnym domu, gdzie zawsze znajdzie się kiełbasa z dziczyzny, jajka prosto od gospodyni i niedzielny obiad w panierce…?

Pudełka. Bywa, że o godzinie 12:00 mam zjedzone cztery z sześciu!

Tak, jak się zepną to wytrzymam i będę fit (rekord to kilka dni). Ale jaki ja jestem wtedy nieszczęśliwy, to tylko moja kochana konkubina wie.

Kompletnie nie nadaję się do ścisłego trzymania diety. Jedynym rozwiązaniem dla mnie jest rozsądne ograniczanie zamiast całkowitych detoksów połączone z solidnym trenowaniem. Jakoś to się w miarę wtedy spina, acz lekko nie jest.

Marzec 2019 r. to mój „najgrubszy” marzec od 2012 r. Zrzucanie dodatkowych zbędnych kilogramów idzie mi w tym roku wyjątkowo opornie. Zimą, zamiast trenować i spalać kalorie, chorowałem. W trakcie choroby unieszczęśliwianie się dietą byłoby ponad siły. Dopiero od początku marca ruszyłem z treningami, a na cyferblacie było wówczas pięć kilo ponad normę.

Na nic jednak obietnice, zakłady (przerżnąłem jeden i będę musiał się solidnie ośmieszyć…) czy wyzwania. Z podziwem patrzę na Krzycha D. z Gdyni, który – choć słodycze uwielbia nie mniej niż ja – wdrożył MKonowy #cukierdetox i… kilosy lecą mu w dół jak szalone. A Krzyś trzyma się diety. I sobie radzi. Podobnie jak dziesiątki innych znajomych, tylko – kuźwa – ja nie umiem…

I proszę mi tu nie mędrkować, że cukier jest zły, a czipsy to gó.no. Wiem o tym.

PS, W niedzielę biegnę Półmaraton Warszawski zbierając kasę dla Fundacji NON-IRON. Jak zwykle, zachęcam do wpłat, o tutaj: KLIKU-KLIKU.

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułTen, w którym nie zawsze warto biegać w towarzystwie
Krasus – biegacz, napieracz, triathlonista i pĄpkins pełną gębą. Jego filozofia uprawiania sportu łączy ciężką pracę i ciągłe dążenie do bycia lepszym z dobrą zabawą, bo przecież w życiu chodzi o to, by było fajnie. Zrobił swoje jeśli chodzi o uklepywanie asfaltu i teraz realizuje się w terenie. W lesie, z mapą czy w górach czuje się jak ryba w wodzie!

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here