Słabe pływanie poszło w niepamięć, biegnę z Celinką przez T1 i jaram się tym, że zaraz rozpocznie się etap rowerowy. Mijam „kreskę” i… wskakując na rower, zahaczam prawą nogą o bidon umocowany za siodełkiem. Do nieoczekiwanego kontaktu stopy z plastikiem dochodzi w miejscu, w którym bidonu zdecydowanie być nie powinno. Łod e fak?

Zatrzymuję się, wracam po bidon, sekundy lecą. Ruszam po raz drugi. Zanim złapię rytm, mechanicznie sięgam po bidon za siodełko – pora na pierwszą porcję żelu Huma wyciśniętą rano do lewego tylnego bidonu. Pamięć mięśniowa się nie myli – bidonu nie ma w miejscu, w którym powinien być, jest jakoś przesunięty na bok. Wyciągam, biorę łyk i próbuję odłożyć. Nie bez problemów trafiam w koszyk, który nie dość, że jest w innym miejscu, niż powinien, to jeszcze się rusza.

Nosz kurła, będzie wesoło. Gonitwa myśli: co się stało, dlaczego się stało i co zrobić? Dobra, jadę jak jest, utrzyma się. No, nie utrzymało.

„O kur…! Ja pier…!”, zakrzyknął Paweł Kalinowski, widząc jak cała konstrukcja (uchwyt, koszyki i bidony) spektakularnie desantuje się z roweru. Nie miałem się po co zatrzymywać – nie wiedząc w jakim wszystko jest stanie, straciłbym tylko czas. „Zabierz, proszę, to!”, krzyknąłem tylko do Pawła.

Bez izo i żeli

Do końca etapu rowerowego zostało mi jakieś 70 km. Nie miałem ani jednego żelu, a na kierownicy pół bidonu izotoniku. Ahoj, przygodo! Dobrze, że w torebce na ramie czekały dwa małe batoniki na czarną godzinę… Bo oto nadeszła.

Gorzej z piciem. Gdy dojeżdżałem do Borówna (nawrotka i punkt odżywczy), w bidonie na kierownicy miałem już prawie pusto. Trzeba było w czasie jazdy złapać butelkę od wolontariusza. Z daleka krzyknąłem, że potrzebuję picia. Jedna z dziewczyn podbiegła w moją stronę i moja ręka zderzyła się z butelką wody. Próba nieudana. Ja na nawrotkę, a kochana wolontariuszka przez trawę i rów ciśnie, by mnie złapać za nawrotką. Próba druga tak samo – zwolniłem do 10 km/h, ale się nie udało. No to czekało mnie 20 km o suchym pysku do kolejnego punktu. I to pod wiatr.

Wania, którego próbowałem pilnować od początku, już mi uciekł. Udało się zbudować grupkę paru chłopaków na podobnym poziomie i, zachowując legalne odstępy, walczyliśmy z wiejącym z południa wiatrem. Starałem się bardzo pilnować pozycji i watów, bo przepalenie groziło katastrofą na biegu.

Moją dobrze poukładaną głowę psuli tylko draftujący oszuści oraz śmieciarze. Którym oczywiście zwracałem uwagę. Jeden był wyjątkowo „sprytny”. Jechał komuś na kole przez np. kilometr, potem napinał się jak plandeka od żuka i wyprzedzał, po czym… zwalniał, blokując drogę. Wyprzedzałeś go, a on CYK, łapał koło. I nie była to taka naginana legalna jazda np. sześć metrów za kimś. Gdybym miał te swoje bidony za siodełkiem, to mógłby mi podpijać izotonik!

– Kolego, tak nie wolno, nie draftuj!
– To jedź szybciej, ha, ha, ha.

Ocenę takiej osoby pozostawiam Wam, ale koleżka stanął na pudle w sztafecie (numer 2012) i bardzo cieszył się ze statuetki. Oby Ci się potłukła, oszuście Ty!

Inny (numer 544), gdy wyprzedzałem jego i kogoś, kogo się kurczowo chwycił, nawet nie spojrzał. Udał niesłyszącego.

A taki, co wyrzucił opakowanie po żelu, stwierdził, że on nie wiedział, że nie wolno śmiecić.

Bleh, niby sport to szlachetna idea, a nadal nie brakuje w nim takich ludzi.

No, ale do brzegu. O suchym pysku dojechałem do kolejnej zawrotki przy stadionie Zawiszy. Tym razem nie mogłem sobie pozwolić na żadne ryzyko. Stanąłem, wziąłem bidon od wolontariusza i przelałem wodę do swojego. Złapałem jeszcze kawałek banana i pojechałem, a do końca zostało 35 kilometrów.

Powoli zaczynałem czuć brak żeli i izotoniku. Udało się jednak utrzymać moc do końca, uciec swojej grupce na półtorej minuty, wyprzedzić m.in. przyszłą zwyciężczynię kategorii kobiet i ukończyć etap rowerowy w 2:26:12, co dało średnią 37 km/h. Wynik roweru na takim poziomie jak rok temu, mimo solidnego odpuszczenia tej dyscypliny. Jak to możliwe? Sam nie wiem. Cuda jakieś. Z 78. miejsca po pływaniu awansowałem na 25., a w kategorii M35-39 byłem trzeci, mając przed sobą dwóch zawodników, od których lepiej biegam. Szykowała się piękna walka!

Spieprzyć można wszystko, także strefy zmian

Wbiegając do strefy T2, miałem 3:06:04, co oprócz dobrej pozycji w kategorii pozwalało mi spokojnie myśleć o wygraniu zakładów o złamanie 4:40. Czułem napierające odwodnienie, ale liczyłem na to, że dam radę. Pogoda była, jak na polskie lato triathlonowe, sprzyjająca – chmury, wiatr i brak słońca. Miało być dobrze! Rozmarzyłem się i… zgubiłem się w strefie zmian. Choć w piątek dokładnie wszystko przeszedłem i obejrzałem, w sobotę nie mogłem znaleźć swojego wieszaka z workiem.

Lekka panika, trochę kręcenia się po alejkach i wreszcie jest: numer 612. Skarpetki, buty, daszek, żele i dzida. Ruszam.

W strefie zmian spędziłem 3:27. Aż 173 osoby zrobiły to szybciej, to jest nie do opisania, jak ja to spieprzyłem. Powinienem był spędzić tam dwie minuty mniej, jakże inaczej by wtedy wszystko wyglądało! Gdy wybiegałem ze strefy zmian, byłem już 31. open i 4. w kategorii. Ukrainiec Postika (chwilowo drugi) zupełnie się nie liczył, ważny był Emil (pierwszy – 3:29 przede mną) i Oliwier (trzeci – 0:15 przede mną).

Na cyferblacie zobaczyłem 3:10, co nadal pozwalało mi realnie myśleć o złamaniu 4:40 i to z zapasem. 1:30 w półajronie? Potrzymaj mi piwo.

Ha, ha, ha.

Blackout is coming

Pierwsze sześć kilometrów pokonałem ze średnią 4:16 (zaliczając po drodze upragniony punkt odżywczy – żel i picie, bardzo dużo picia!). W tym momencie byłem już 21. open i drugi w kategorii. Strata do Emila zmalała do 2:42, a Oliwier był 1:26 za mną. No naprawdę żałuję, że nie mogłem tego oglądać na żywo ;)

Wbiegając na stadion, minąłem się z Emilem – szybka kalkulacja, że jest maksymalnie 600 metrów przede mną, powinna dodać mi sił. Ale nie było już z czego dodawać. Odwodnienie organizmu wyjechało właśnie jebitnym kombajnem na żniwa i zaczęło zbiory, a musicie wiedzieć, że były to zbiory obfite.

Kolejnych kilka kilometrów uciągnąłem jeszcze po 4:20–4:30, ale po dziewięciu żniwa dowaliły ze zdwojoną siłą. W pewnym momencie poczułem, że głowa mi odpływa. Przed oczami pojawiły się mroczki i wiedziałem, że muszę zwolnić. Natychmiast.

Z trudem dotarłem do punktu odżywczego na 10. km. Wylałem na siebie kilka kubków wody, zjadłem żel, wypiłem izotonik, wylałem sobie na głowę kolejną porcję wody. I przeszedłem w tryb „przetrwanie”. Zegarek przełączyłem z temp na tętno i pilnowałem, by nie przekroczyć 170 uderzeń na minutę, bo wtedy robiło się niefajnie.

To nie był łatwy bieg / fot. Paweł Naskrent / maratomania.pl
To nie był łatwy bieg / fot. Paweł Naskrent / maratomania.pl

Próba nadrabiania zaległości w nawodnieniu zakończyła się kosmiczną kolką. Pomiędzy punktem odżywczym a strefą mety (koło stadionu) musiałem się kilka razy zatrzymać. Walka z bólem nie była łatwa i pojawiły się myśli „Na ch… mi to, a gdyby tak zejść z trasy?”.

Na szczęście, nie ze mną te numery. Sytuację dodatkowo ratowała ekipa TriZarza, która dopingiem dodawała sił. Gdyby nie Wy, byłoby ze mną dużo gorzej!

A i tak było źle. Na tyle szybko, na ile pozwalał organizm (kilometry po 5:08, 5:18, 5:06…) posuwałem się do przodu. A raczej do tyłu. Po 14,5 km w generalce byłem już nie 21., a 23. Emil uciekł mi na ponad 4 minuty, a Oliwier był 38 sekund za mną. Wyprzedziła mnie też najszybsza dziewczyna.

I wtedy Ją usłyszałem. Tzn. nie Marysię, najszybszą dziewczynę. Swoją Ukochaną :) Oczywiście na trasie była już wcześniej wiele razy. Wspaniale zagrzewała do walki i informowała o tym, jak mi idzie. W tamtym momencie, gdy po raz ostatni opuszczałem strefę mety, rozpoczynając trzecie okrążenie, nie mogła powiedzieć nic bardziej potrzebnego.

„Walcz, trzeci cię goni, jest pół minuty za tobą!”.

Ala twierdzi, że po tych słowach natychmiast się wyprostowałem. Spiąłem mięśnie, podniosłem głowę i przyśpieszyłem. W ciągu jednej sekundy podjąłem decyzję, że do samej mety już się nie zatrzymuję i nie przechodzę do marszu. Czekało mnie sześć kilometrów walki.

Wpatrzony w pulsometr, by nie przekroczyć granicy, za którą byłem kilka lat temu w Chodzieży, pobiegłem wokół Myślęcinka. Nie wiedziałem wtedy, kim jest goniący mnie trzeci zawodnik, ciągle oglądałem się, próbując ocenić, czy ktoś się do mnie zbliża. W głowie szykowałem się na walkę do odcinki, gdyby w razie mnie dogonił. Tłumy dublowanych i zawodników z pełnego dystansu nie ułatwiały tego zadania, podobnie jak moje zmęczenie.

Mentalnie i fizycznie miałem serdecznie dość, ale w takiej sytuacji nie zwykłem się poddawać. Całą energię i koncentrację skierowałem na to, by biec jak najbardziej poprawnie i jednocześnie ekonomicznie. Przypominałem sobie obozowe lekcje Olka o pracy rąk i stawianiu stopy pod środkiem ciężkości. Skupiałem się na zrolowanej miednicy i spiętych mięśniach brzucha i… biegłem.

Na tej finałowej szóstce do pierwszego Emila odrobiłem ponad minutę, a nad trzecim Oliwierem zbudowałem prawie dwie minuty przewagi. Ostatnia prosta to duża radość i ulga z tego, że już koniec. Kilka sekund przed sobą widziałem finiszującą Marysię, nie było jednak powodu, by ją gonić – wygrała i należy jej się celebracja chwili, a nie przepychający się samiec.

Meta:) / fot. Paweł Naskrent / maratomania.pl
Meta. Drugie miejsce obronione :) / fot. Paweł Naskrent / maratomania.pl

Podsumowanie: schrzaniłem

No jasne, że cieszę się z podium w Borównie! Fajnie wrócić do domu z pucharkiem i zebrać kilkaset lajków na Insta czy FB ;) Ale prawda jest taka, że wynik 4:43:35 to czas bez rewelacji. Cele stoją wyżej niż 19. miejsce w generalce. Tego dnia dałem z siebie wszystko i każdy, kto był przede mną był lepszy. Stoczyliśmy z chłopakami piękną walkę.

To dobrze, że się nie poddałem. Super, że stoczyłem walkę i potrafiłem się na trzecie kółko zebrać w sobie, choć naprawdę było ciężko! Ale nie walką i nie zebraniem się w sobie wygrywa się zakłady o złamanie 4:40. Jestem jedynym winnym tej porażki.

Na pływanie spuszczę zasłonę milczenia. Umówiłem się sam ze sobą, że projekt „uczę się pływać” trwa trzy lata. Nie minął jeszcze rok, więc trenuję dalej. Niespodziewanie mocna noga na rowerze pozwoliła mi nadrobić straty z pływania i pozostawało tego nie spierdzielić. A spierdzieliłem od razu. Fatalne strefy zmian (o T2 pisałem, ale w T1 też straciłem dużo za dużo czasu) zabrały mi kilka minut i nie znajduję tu wytłumaczenia. Zjebałem i tyle. Tu nie ma co szukać wymówek, tu nie ma się co tłumaczyć.

A słaby wynik na biegu (1:34:04 jest moim najsłabszym czasem od sezonu 2013, pięć lat temu startowałem w Borównie i łamałem wtedy pięć godzin, biegnąc wówczas 1:33:23) to moim zdaniem efekt tego, co wydarzyło się na rowerze. Nikt mi tych bidonów nie uszkodził, to ja powinienem tego dopilnować. Nie sprawdziłem dokładnie sprzętu rano, gdybym to wszystko obejrzał przed startem, pewnie zauważyłbym luz i dokręcił go. A skończyło się na odwodnieniu i zgonie na etapie biegowym.

Jak to mówią insta influenserki? Padłeś? Powstań i zapieprzaj dalej.

Pokora / fot. Paweł Naskrent / maratomania.pl
Pokora / fot. Paweł Naskrent / maratomania.pl
PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułTen z jeźdźcem bez głowy (Częstochowa Triathlon 2019)
Krasus – biegacz, napieracz, triathlonista i pĄpkins pełną gębą. Jego filozofia uprawiania sportu łączy ciężką pracę i ciągłe dążenie do bycia lepszym z dobrą zabawą, bo przecież w życiu chodzi o to, by było fajnie. Zrobił swoje jeśli chodzi o uklepywanie asfaltu i teraz realizuje się w terenie. W lesie, z mapą czy w górach czuje się jak ryba w wodzie!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here