Dwa kilogramy mniej niż tydzień wcześniej dźwigałem stając na starcie #337 Parkrun Warszawa-Praga. A do tego w nogach były dwa solidne treningi zrobione w tygodniu (kilometrówki i stadionowe 200-tki i 400-tki). Były więc podstawy do tego, by liczyć na w miarę dobry wynik. Z drugiej strony wtorkowy i czwartkowy akcent, plus cztery razy pływackie wciory na WUM-ie – odczuwałem lekkie zmęczenie tygodniem, bo i pracowo jest solidny zapieprz. Myśli miałem jednak pozytywne.

Celem było nie przepalić startu tak jak tydzień temu i to akurat się udało. Ruszyłem ostrożnie, po jakichś 200 metrach byłem może 15. w stawce. Potem wyrównałem tempo do 3:40 i szybko wyprzedziłem trochę osób. Pierwszy kilometr skończyłem na szóstej pozycji, a garmin oznajmił, że pokonałem go w 3:41.

Cholernie ciężko mi się jednak oddychało. Odczuwalne minus dziesięć to nie jest wymarzona pogoda na start na piątkę. Kilka godzin po biegu wciąż dusi mnie kaszel, to nie był przyjemny bieg. Nieprzyjemnie było już od początku, od samego pierwszego kilometra! Jak sobie wtedy pomyślałem, że jeszcze cztery i właściwie to powinienem przyśpieszyć, to coś w środku mnie aż jęknęło. Aż zabolało.

Przyśpieszyć się za bardzo nie udało, zabrakło na to mocy w nogach i płucach, którego tego dnia pracowały wyjątkowo ciężko. 3:42, 3:46, 3:41, 3:38. Finalnie 18:28 i 6 miejsce na 76 uczestników.

Ostatni najszybszy kilometr to ciekawa historia. Po czterech miałem już totalnie dość i o jakieś 10 sek/km zwolniłem. Na ostatniej prostej (ma jakieś 350 metrów) okazało się jednak, że ktoś mnie dogania.

Nie no, tego to ja nie lubię. Będąc zaledwie o kilka uderzeń na minutę od tętna maksymalnego, zebrałem się w sobie i zmusiłem organizm to większego wysiłku, rozpędzając końcówkę do tempa 3:10. Gdyby nie ten ktoś za mną, na pewno nie byłoby przyśpieszenia, nie zmusiłbym się do niego. Ciekawostką jest, że mimo znaczącej zmiany tempa (z 3:50 do 3:10), tętno tylko drgnęło. Chyba po prostu moje aktualne HR max wynosi około 183 uderzenia na minutę.

Wyraźny wzrost tempa na finiszu

Na mecie za to odcinka, dłuuugo nie mogłem złapać oddechu.

Nie mam wątpliwości, że na ten dzień był to maks. Więcej z siebie dać nie mogłem. Trochę życie utrudniły warunki (zimno i silny wiatr), do których organizm jeszcze przyzwyczajony nie jest, wszak dopiero co było ponad 15 stopni. Tyle co się dało, wykorzystałem możliwości.

W tym wszystkim jestem naprawdę zadowolony, że nie odpuściłem. Mam ostatnio coś w głowie niepoukładane i często pojawiają mi się myśli, by odpuścić. Tydzień temu się niestety temu poddałem. Muszę z tym walczyć. Kiedyś tak nie miałem. Bolało, cierpiałem, ale nie chciałem odpuszczać. Głowa musi być mocna. Dziś udało się nie odpuścić, a dodatkowo zmusiłem organizm do finiszu na ostatniej prostej, a naprawdę nie było to łatwe.

Za tydzień kolejny Parkrun, trzy weekendy z rzędu ze startami na 5 km, a potem mikołajkowa dycha. A do tego czasu jeszcze sobie postękam na treningach.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here