37:39 na dychę. Od sierpnia poprawa o ponad minutę – jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej. Wiosną planuję wrócić poniżej 37 :)

XXIV Żoliborski Bieg Mikołajkowy był moim czwartym podejściem do tej imprezy. Za pierwszym razem miało być pięknie i życiówkowo (atak na 36–36:30), ale okazało się, że głupich nie sieją, oni sami rosną. Na 36 godzin przed startem wybrałem się na crossfit, gdzie w ciągu 30 minut zrobiłem 90 podciągnięć na drążku, 180 pĄpek do samej ziemi i 270 głębokich przysiadów. He he, do dziś pamiętam, jak bardzo nie byłem w stanie się wtedy ruszać! A w niedzielę rano ustawiłem się do biegu na 10 km. Skończyło się odpuszczeniem po 6 km, a po walce z głową powrotem na trasę. Nabiegałem wtedy 37:31.

Rok później był to pierwszy start po kilkumiesięcznej przerwie od biegania spowodowanej kontuzją. Miało być dobrze, ale czułem się fatalnie i nie znałem przyczyny. Pod wieczór wysoka gorączka i szydera w domu, że zajechałem się na biegu na dychę. Kilka godzin później wszystko było jasne: ospa.

A w 2018 nie szarpałem się już na mocne bieganie – po udanym maratonie w Walencji na Żoliborskim zającowałem Ali, która nabiegała życiówkę.

Za rączkę

Do startu w żoliborskiej dyszce dał się też namówić Bela, czyli tak zwany Partner ;) Ach, ta wspólnie przebiegana zima i wiosna 2016 to było coś! Ostatnio rzadziej udaje nam się razem trenować (ale czasami udaje!), wspólny start był więc świetnym motywatorem do ciężkiej pracy.

Celem było zakręcenie się w okolicy 37:30, a planem absolutnym minimum: zgrzanie ostatniej życiówki Lucaszka (38:19). Obaj stanęliśmy na starcie z dokładnie takim samym zamiarem. Szykował się więc wspólny bieg.

Mimo zachęt znajomych („Nie no, chłopaki, wy to bardziej z przodu”), ustawiliśmy się zachowawczo – w piątym, może siódmym rzędzie. I była to świetna decyzja! Dzięki temu ruszyliśmy spokojnie i stopniowo przesuwaliśmy się w stawce, doganiając i wyprzedzając kolejne osoby. Pierwszy kilometr, z wiatrem, wszedł komfortowo w 3:46. Gdy trochę się wyczyściło, zobaczyliśmy przed sobą grupkę czterech–pięciu chłopa i postanowiliśmy do niej dospawać. I była to kapitalna decyzja! :)

Jakoś przed dospawaniem do grupki / fot. Festiwal Biegów

W kupie raźniej

Doszło do małych przetasowań i finalnie w grupce zostaliśmy w pięć osób. Najpierw jak dziki ciągnął wszystko Radek Serwiński, potem zaczęliśmy się zmieniać i do drugiej zawrotki (7 km) dobiegliśmy razem. Zostały 3 km do mety. Niby z wiatrem, ale jakoś tego nie czułem niestety.

Wkrótce grupka zaczęła się rwać, na tym poziomie zmęczenia ciężko już o równe tempo. Oj, jak ciężko było! Tak jak na ostatnich Parkrunach, pojawiły mi się myśli o odpuszczeniu. Za nawrotką wykalkulowałem, że aby zgrzać Lucaszka, wystarczy mi utrzymać 4:00. „Na luzie sobie po 4:00 dobiegnę i mam” – na szczęście nie uległem tym pokusom. Wszystkie mentalne siły zaprzęgłem do tego, by skupić się na „tu i teraz”. Wydech–wydech–wydech–wydech. Ależ to świetnie działało! Metry uciekały i choć było już pierońsko ciężko, to myśli o odpuszczeniu zniknęły.

Po 8,5 km widziałem, że Bela ma wyraźnie więcej sił, wyspałem więc tylko „Leć, yhyhyhy, sam, yhyhyhy”. I tyle go widziałem. Wyprzedził mnie jeszcze Radek i do mety dosapałem sam z czasem 37:39, na 17. miejscu open (na 467) i 8. w kategorii M30 (na 97). Partner miał siły przyśpieszyć i skończył 11. open, 4. w kategorii (SEKUNDA DO PUDŁA!!!) z czasem 37:17.

Mission accomplished

Na mecie piątki z chłopakami, podziękowanie za wspólny bieg i można się rozejść ;)

Dawno, bardzo dawno nie pobiegłem tak mądrze i dobrze taktycznie biegu. Jak pokazują zdjęcia, współpraca w grupie była naprawdę zacna. Wydaje mi się, że najdłużej prowadzili Bela i Radek i to oni dotarli finalnie na metę najszybciej. Byli tego dnia najmocniejsi.

Przez chwilę miałem nadzieję dogonić Radka, ale nie dało się. Na mecie był 2 sekundy przede mną / fot. NeON Team

Wspólne bieganie z Belą jak zwykle mega, stare człowieki nadal mogą! Rozważny początek i decyzja o dospawaniu do grupki pozwoliły pobiec w miarę równo i dotrzeć w zdrowiu na metę. Na ostatnie 2 km trochę zabrakło mi sił, ale gdybym poprzednie biegł sam, a nie w grupie, to na pewno byłoby jeszcze gorzej.

37:39 na koniec jesieni – nie mam powodów do narzekań. Sapanie na stadionie Orła przyniosło efekt. Już nie mogę doczekać się kolejnych ciężkich treningów. Mam nadzieję, że zdrowie obu nam pozwoli dobrze przepracować kolejne miesiące i na wiosnę będzie jeszcze szybciej!

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here