Ufając głosowi ludu, najgorszym dniem tygodnia jest poniedziałek. Pewnie dlatego, że trudno jest wziąć się z rzeczywistością dnia pracy za bary po weekendowych melanżach. U mnie jest zupełnie inaczej. Poniedziałek, po nieźle przepracowanym treningowo weekendzie, to zwykle dzień niemalże regeneracyjny. Pływanie o szóstej rano, a potem tylko #roweremdopracy i luz. Czyli prawie że regeneracja! ;)

A raczej zbieranie sił przed wtorkiem, bo ze względu na okoliczności wszelakie, wtorki to są u nas dni z solidnym pierdolnięciem. I to takim, jak od Baziulka z Gdańska w samo serce Bieszczad, czyli jeszcze dalej niż do bożenkowego Rzeszowa. A może i dalej.

Bo w te chrzanione wtorki się nam wszystko kumuluje. Że ja robię dwa treningi w ciągu dnia, to raczej jest norma (rano pływanie, po południu bieganie). Ale we wtorki Ala robi podobnie (z tym że odwrotna kolejność), a do tego pływanie mają młode człowieki. A starszy z nich ma jeszcze robotykę. No i szkoła, przedszkole i praca. Aha, no i to jedyny dzień, gdy może wpaść do nas pani sprzątająca – to tak w ramach uzupełnienia.

I jeszcze nie byłoby dramatu gdyby nie fakt, że robienie biegowego akcentu o 20, po powrocie z drugiego basenu, to dla mnie za późno (ciężko mi potem usnąć, a w środę budzik dzwoni o 5:11, na dodatek bieganie szybko po wymoczeniu się w basenie mogłoby źle skończyć się dla zdrowia, biegam więc pomiędzy pracą a drugim wyjazdem na WUM. Co oznacza, że czasami już w pracy przebieram się w biegowe rzeczy i biegam w okolicy park&ride lub przedszkola, by nie tracić czasu na dom. W takie dni o 5:40 wkładam do bagażnika cztery torby/plecaki.

A i tak wystarczy ponadnormatywny korek do Pomnika Lotnika, jakaś niedojda pod przedszkolem, która nie umie na wąskiej uliczce zawrócić, że o dziecięcym „chcę kupę” nie wspomnę. I zaczyna się robić ciasno. I trzeba szyć.

Wczoraj, drugi raz z rzędu, skróciłem zaplanowany trening biegowy. Z 15 powtórzeń zabawy biegowej 1’/1′ czasu starczyło mi na 12.

I tu dochodzimy do tego, po co w ogóle o tych wtorkach Wam piszę. Bo przecież nie po to, by się nad sobą użalać. ;)

Mój bardzo mądry Partner powiedział kiedyś, że w naszym życiu amatora (z pracą i rodziną) trzeba pogodzić się z ograniczeniami jakie mamy. Zmienić nastawienie i zamiast narzekać, że skróciłem trening, cieszyć się, że w ogóle go zrobiłem.

Czujecie tę różnicę, prawda? Wiecie o co mi chodzi? O ten słynny sport-work-life balance, z którym warto się po prostu pogodzić. Znamy swoje ograniczenia i warto się z nimi zziomować. Nigdy nie będzie tak, bym mógł trenować ile chcę. Trzeba więc jak najlepiej wykorzystać to, ile mogę. :) Proste?

Zdjęcie główne: Mariusz Nasieniewski / Maratomania.pl.

W poszukiwaniu work-life-sport balance. A najlepszy pod Słońcem Partner tuż obok ;)
PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułTen, w którym w kupie jest raźniej (XXIV Żoliborski Bieg Mikołajkowy)
Krasus – biegacz, napieracz, triathlonista i pĄpkins pełną gębą. Jego filozofia uprawiania sportu łączy ciężką pracę i ciągłe dążenie do bycia lepszym z dobrą zabawą, bo przecież w życiu chodzi o to, by było fajnie. Zrobił swoje jeśli chodzi o uklepywanie asfaltu i teraz realizuje się w terenie. W lesie, z mapą czy w górach czuje się jak ryba w wodzie!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here