„Kto ma ze sobą raczki lub nakładki antypoślizgowe, to radzimy założyć. Już na pierwszym podbiegu jest bardzo ślisko” – komunikat organizatora Zimowego Janosika wygłoszony na kilka minut przed startem brzmiał poważnie. Rozejrzałem się dokoła, ale nikt sobie z komunikatu nic nie robił. Cholera, kto jak kto, ale oni wiedzą, co mówią. Zdjąłem plecak, wyciągnąłem z niego przesłane na ostatnią chwilę przez Natural Born Runners Veriga City Run Track Light i ledwie zdążyłem się obuć, a trzeba było gotować się do biegu.

Przed startem / fot. Magdalena Sedlak
Przed startem / fot. Magdalena Sedlak

Odliczanie i poszli.

Nie powiem, bieganie w raczkach po asfalcie nie jest przyjemne. Potruchtałem ostrożnie pierwsze kilkaset metrów, ze zdziwieniem obserwując wyprzedzające mnie dzikie tłumy. Janosik to niewielka impreza, zakładałem, że w TOP5 powinienem się zmieścić, tymczasem ludzie cisnęli jak dzicy i na oko wylądowałem w czwartej dziesiątce.

Grunt to nie przepalić startu

Organizator miał jednak rację. Już na pierwszym kilometrze część z tych, co poszli ze startu jak rakiety, miało problem z przyczepnością. Wyposażony w nowiutkie raczki spokojnie zacząłem wyprzedzać. Przez pierwszych kilka kilometrów powoli systematycznie przesuwałem się do przodu, by wylądować w końcu w okolicy 10. pozycji.

Po 5,5 km trasa ma dość trudny nawigacyjnie fragment, bo trzeba zbiec z głównej drogi i w tamtym miejscu nie było najlepszych oznaczeń. Miałem kilka sekund zawahania, ale przypomniało mi się, że na rekonesansie dokładnie w tym miejscu się zatrzymaliśmy z wątpliwościami. Spojrzałem, że kilka osób biegnących z przodu znika właśnie za zakrętem głównej drogi. Krzyknąłem donośnie „Eeeeej, tutaj!” i poleciałem swoje. Nie wiem, czy zawrócili od razu czy po chwili, ale na Stravie widziałem potem, że na szczęście nie nadrobili za dużo, acz dzięki temu przesunąłem się o parę miejsc do przodu.

Pierwsza prosta, jeszcze w kurtce. Nowy salomon wylądował w plecaku nie dalej jak po kilku kilometrach/ fot. Wiktor Bubniak
Pierwsza prosta, jeszcze w kurtce. Nowy salomon wylądował w plecaku nie dalej jak po kilku kilometrach / fot. Wiktor Bubniak

Orientalistyczne kilkanaście kilometrów

Dogonił mnie jeden z biegaczy i tak sobie pomykaliśmy razem przez kolejne niemal 20 km. Raz tuż obok siebie, raz w pewnej odległości, ale cały czas w miarę blisko. Jako że to ultra, a nie dycha, to była nawet okazja pogadać i okazało się, że kolega kojarzył mnie z biegania na orientację. Ach, dawne dobre czasy!

Z tym pomykaniem razem, to choć obaj byliśmy dobrze przygotowani na lodowisko na trasie (a było naprawdę ślisko, ponoć miejscami żywa krew się lała, a ludzie padali jeden za drugim!), to jednak on był przygotowany lepiej. Wprawdzie na lodzie moje nakładki radziły sobie świetnie, ale na dłuższą metę bieg w nich jest raczej niewygodny. Choć speedcrossy mają solidną podeszwę, to po 15–20 km czułem już wbijające się w nią raczki.

Kolega Orientalista miał natomiast buty z metalowymi kołkami. Nie dość, że było mu dużo lżej i wygodniej, to miał mniej na stopach i nie musiał tak wysoko unosić nóg, dzięki czemu po prostu mniej się męczył. Mijały kilometry, zachwycaliśmy się niebywałymi widokami na Tatry z Dursztyna, potem piękną przestrzenią na odcinku do Trybsza i… niestety, na tym wspólny bieg powoli się kończył. Coraz bardziej odstawałem. Jeszcze widziałem, że Orientalista gonił drugiego zawodnika, widziałem, że biegną razem przez jakiś czas, ale nie byłem w stanie docisnąć, by do nich dokleić. W Łapszance miałem już cztery minuty straty.

A tuż przed nią zdjąłem raczki. Kurde, ależ to była ulga! Schowałem je do plecaka i pognałem dalej.

Kryzysie, gdzie jesteś?

A biegło się naprawdę spoko. Było mi ciężko, ale nie miałem żadnego poważniejszego kryzysu. Nie zderzyłem się ze ścianą, nie zatrzymałem piętnaście razy jak na Cortinie, po prostu biegłem. Nasza trasa połączyła się z pięćdziesiątką i potem dwudziestką (ci z trasy 50 zaś zniknęli, polecieli w innym kierunku), pogadałem z kilkoma osobami (serdecznie pozdrawiam, Berni!) i czas leciał. Trasa 45+ nazywa się Bedzies Kwicoł, a tu ani razu nie zakwicałem ;)

Siły dodawała mi oczywiście świadomość, że biegnę na czwartej pozycji. Fajnie być w czołówce, jakoś łatwiej wtedy walczyć z ewentualnymi przeciwnościami. Dziś zastanawiam się oczywiście, czy nie powinienem wtedy powalczyć mocniej. Nie było jednak tak, bym się obijał, trzymałem solidną intensywność cały czas, a pobyt na punktach kontrolno-odżywczych ograniczyłem do minimum, które oznaczało złapanie mandarynki i pognanie dalej. A, raz zatrzymałem się, by dolać wody do bukłaka.

Na oko szacowałem, że skończę w około pięć godzin. Cisnąłem więc dość mocno licząc, że jednak zamknę się w 4:59:XX. Niestety, nie udało się, mój czas na mecie to 5:01:14. Finalnie do trzeciego zawodnika („mój” Orientalista skończył drugi) straciłem nieco ponad 3 minuty – wiele i niewiele jednocześnie.

Czwarty open, pierwszy w kategorii. NBR Team rulez! / fot. Walusza Fotografia
Czwarty open, pierwszy w kategorii. NBR Team rulez! / fot. Walusza Fotografia

Bedzies Kwicoł to piękny bieg!

Mimo relatywnie mocnego biegu starałem się podziwiać widoki. A naprawdę było co, bo sobota okazała się być idealnym oknem pogodowym. Mieliśmy piękną widoczność, Tatry dosłownie jadły nam z ręki! Ze zdjęć i rekonesansu wiedziałem, że Zimowy Janosik jest niezwykłej urody biegiem, zachwycaliśmy się widokami podczas rekonesansu, a w dniu zawodach było po prostu powalająco. Widok z Łapszanki ujrzałem pierwszy raz w życiu i… koniecznie, koniecznie musicie tam kiedyś pojechać!

Bo to powalających widoków dochodzi fajna atmosfera. Jak to na biegach górskich, zawsze znajdzie się ktoś fajny, z kim można wypić piwo czy dwa :)

Z opowieści wiedziałem, jak straszna i killerska jest jednak jego końcówka. Wbiega się na tamę, a potem… schody, wąziutkie schody prowadzące na dół. I nie jest ich 5, 10 ani 15. Jest ich w cholerę i się nie kończą! Ja tam sobie na luzie z tłumem dwudziestkowiczów schodziłem, ale wyobrażam sobie sytuację, w której na tym odcinku ktoś walczy o pudło bark w bark. Śmierć w oczach!

Gdzie moje zdjęcie?!

Zimowy Janosik słynie z pięknych zdjęć. Tatry są bardzo wdzięcznym tłem i fotografowie umiejętnie je wykorzystują. Cóż, ja też liczyłem na to, że wrócę ze Spiszu i będę miał kilka zwalających z nóg fotek, które zawisną na ścianie w naszym domu w górach. Pierwsze kilka galerii i masa „ochów” i „achów”, bo zdjęcia naprawdę piękne.

Czekam na swoje, czekam i… mam. Ja, a w tle pensjonat „U Halyny” albo inny budynek Ochotniczej Straży Pożarnej…

Także ten... / fot. Walusza Fotografia
Także ten… / fot. Walusza Fotografia

3 KOMENTARZY

  1. Ha, czekałam na tę relację (i nie powiem, na pozdrowienia też :-) Mega było Cię zobaczyć i poznać – aż człowiek własnym oczom nie wierzył, kiedy odwrócił się na trasie, a tam… Krasus we własnej osobie, którego dotąd tylko się na blogu czytało i oglądało (czyli podziwiało z daleka). A tak to można było Cię podziwiać z bliska :-) Bo pięknie biegłeś! I w ogóle spoko z Ciebie gość :-) Btw. bardzo polecam wszystkie biegi Sławka z Fundacji na ratunek (Tour De Zbój). A na przyszłość też jak robić Janosika, to tylko ten dystans z górą Żar, tam to jest dopiero OZD! Pozdrawiam Cię również serdecznie, Berni z biegu

    • Czekałaś na relację, czekałaś na pozdrowienia i.. doczekałaś się! :D Spełniłem Twoje marzenia ;)
      Mi też bardzo miło było pogadać, to był już moment, gdy napierałem sam i kilka słów z kimś uśmiechniętym zawsze dobrze człowiekowi robi.

      Tour de Zbój ma kilka fajnych biegów i myślę, że Zimowy Janosik nie był moim ostatnim!

  2. Każdy chyba tak ma na Łapszance, ja trafiłem tam pierwszy raz przypadkiem – jadąc za GPS-em do Rzepisk. NB fantastyczne podjazdy przez Rzepiska czy od Osturni, dwucyfrowe nachylenia robią swoje.
    A jak podobała ci się trasa i widoki – to polecam na rower VeloCzorsztyn/VeloDunajec i Szlak Wokół Tatr. Nie wiem czy fragmentami nie biegnie się, ale to po prostu dwa najładniejsze szlaki rowerowe w Polsce, koniec kropka. Do tego zrobione z głową, w zdecydowanej większości idące wydzielonymi asfaltami i z fajną infrastrukturą. A poza trasami też trochę fajnych podjazdów można znaleźć.

    Zresztą Spisz to jest mega okolica, byłem w lecie kilka dni z dzieciakami i były Pieniny, Tatry (spoko dojazd w Słowackie), kilka dni rowerów, plażowanie nad jeziorem i fantastyczne lody w Krościenku, Nowym Targu czy Szczawnicy. Tak swoją drogą czy jest inna miejscowość w Polsce leżąca na styku trzech pasm górskich (Krościenko właśnie, można iść w Gorce, można w Sądecki, można w Pieniny).

Pozostaw odpowiedź Krasus Anuluj odpowiedź

Please enter your comment!
Please enter your name here