A taki byłem mądry! Przełykając herbatę przed startem, rozmawiałem z Niegosem (ach, jak dobrze było człowienia zobaczyć!) o tym, jak to ten rok wygląda. Jak życie się pozmieniało i że trzeba po prostu brać to, co wyjdzie. Bo przecież forma nie ta, dziwne rzeczy się z moim organizmem działy i szanse na dobry wynik na ćwiartce w Nieporęcie są bliskie zera. No i że w ogóle życie to nie tylko sport, że priorytety się zmieniają, a przecież o złote gacie nie walczymy. A przecież świadomie podjąłem decyzję, że tej wiosny nie cisnę na siłę, bo nauka zdalna i dużo pracy to jednak życiowo rzeczy ważniejsze.

No taki byłem mądry!

A gdy wbiegałem na metę, ledwie mieszcząc się w 2:20 i notując najgorszy czas na dystansie ¼ IM od bodaj sześciu lat, cała ta moja mądrość uleciała niczym pył. Zniknęła jak ostatni pasek czekolady z okienkiem albo okruszki Lays’ zielona cebulka. Zmęczony wysiłkiem i zły na wynik powiedziałem Wańkowi do mikrofonu, że „ja to p…”.

I przypomniałem sobie, jak niedawno ktoś mi żartem w komentarzu napisał, że „grubego boli bardziej”. Nie chodzi tu przecież o fizyczny ból związany z wysiłkiem, ale o mentalne zestawianie się z samym sobą, ze swoimi wynikami. Odpuszczenie mocnego trenowania w połączeniu ze stresami życia codziennego spowodowało, że jest mnie o 4–5 kg więcej niż na linii startu powinno. Z punktu widzenia przeciętnego obywatela RP może się wydawać, że to niewiele. Wszak dobrze wyglądam, a te +5 kg widać tylko, gdy się dokładnie przyjrzeć. Sęk w tym, że żeby to poczuć, nie trzeba się wcale tak dobrze przyglądać ;) No i czułem to w Nieporęcie jak sam sk…syn.

Pływanie: lepiej niż się spodziewałem

Brak solidnego przygotowania pływackiego przez ostatnie pół roku sprawił, że nie oczekiwałem od tego etapu nic poza „nie zbłaźnić się”. Jadąc przed startem na tydzień do Serocka, zakładałem, że będę codziennie pływał w zalewie, ale życie potoczyło się inaczej i popluskałem się raptem raz. Sprawny rolling start umożliwił mi umoszczenie się w jako-tako sensownej grupce i bez zarzynki pokonanie tych 950 m. O, jak miło mi się zrobiło, gdy po wyjściu z wody zobaczyłem niespełna 17,5 min. Oczywiście to słaby czas, ale w 2020 biorę w ciemno. Jestem szczerze i pozytywnie zaskoczony wynikiem tego etapu.

Czas 17:29, średnie tempo 1:50

Rower: ech, ech…

Kilka treningów na czasówce (więcej niż kilka to ich nie było, bo jednak MTB to jest frajda milion) pokazało, że coś tam jeszcze w nodze siedzi. Że jestem w stanie rozbujać się do sensownych przelotowych prędkości i je utrzymać. Trasa w Nieporęcie jest fajna za wyjątkiem wyjazdu z strefy T1 i powrotu do niej. Napotykamy bowiem wtedy na kiepskiej jakości trelinkę. I nie jest jej 30–50 m, tylko z 500 albo 600. Jestem niestety z tych, co odczuwają ból razem z rowerem, odcinek ten jechałem więc z prędkościami nieprzekraczającymi kilkanaście kilometrów na godzinę. Aż się coach.Kowalski ze mnie śmiał, że byłem niczym amerykański listonosz jadący rowerem przez miasteczko i rzucający gazetę pod drzwi.

Czy ktoś mógłby nauczyć mnie zakładać prosto kask? / fot. Startlist

To oczywiście drastycznie obniża średnią prędkość, straciłem na tych odcinkach ponad dwie minuty, acz nie da się ukryć, że poza tym spowolnieniem nie pojechałem zbyt dobrze. Nie umiem wyjaśnić, dlaczego – mimo bardzo sensownych watów na zegarku! – nie umiałem się odpowiednio „wkręcić”. Cisnąłem, walczyłem, wyprzedzałem, ale to nie było to, czego bym oczekiwał. 1:13:43 to wynik poniżej moich możliwości, nawet w tym roku. Po odcięciu początku i końca średnia prędkość to ok. 38 km/h – za mało.

Czas 1:13:43, średnia prędkość 36,7 km/h, średnie tętno 156 bpm, NP 275W

Bieganie: ciężka walka z kolką

Trasa w Nieporęcie zaczyna się od paru zakrętów, nierównej nawierzchni i dopiero potem można biec swoje. Wykorzystałem to, by spokojnie się rozkręcić, celem było biec potem po 4:05–4:10. Udawało się trzymać 4:00 i nie było to wcale ponad siły. Swoją zasługę ma w tym zapewne Zychowa z ekipą Tri Wawa – to, co oni wyczyniali z megafonem, przechodzi ludzkie pojęcie. No chciało się biec szybciej i szybciej!

Na biegu zawsze najpiękniejszy! / fot. Startlist

Do piątego kilometra, kiedy to zaczęła się zbliżać kolka. Najpierw pomyślałem, że trochę zwolnię, pouciskam brzuch, porozciągam i będzie dobrze. Ale jak mnie w pewnym momencie dojechało, to przebiegająca dziewczyna zapytała, czy wzywać pomoc… :( Nie zdarza mi się to często, ostatnio chyba na 5150 w Warszawie, ale ból był nie do zniesienia. Musiałem się zatrzymać i to ogarnąć, minuta w plecy.

Z jednego jestem jednak dumny. Jak ruszyłem, to znów po 4:00 i utrzymałem je do mety. Kolka jeszcze atakowała, ale lżej i udało mi się z nią sobie poradzić. Miałem na tym piątym–szóstym kilometrze chwile zwątpienia, bo wynik i tak słaby, a i samym bieganiem nic nie zawalczę, chciałem zejść z trasy. Ale to byłby dopiero wstyd. Nie słabszy wynik, tylko odpuszczenie, to byłby wstyd przed samym sobą. Średnie tempo 4:10, i to mimo kolki, wstydu nie przynosi.

Czas 43:58, średnie tempo 4:10, średnie tętno 160 bpm

Podsumowanie: jaj nie urywa

2:19:45, bo jeszcze zgubiłem się w strefie zmian… Choć zawsze obchodzę sobie strefy zmian, by dobrze wszystko zwizualizować, to tym razem rutyna nie wystarczyła. Wbiegając z rowerem, totalnie się zapultałem i dopiero wolontariusz mi podpowiedział, gdzie jest moje miejsce. Ale obciach!

Spojrzenie na zegarek nie przyniosło nadmiernej radości… / fot. Startlist

Czas 2:19:45
Miejsce open 43/325 (13,2%)
Miejsce wśród M 42/285 (14,7%)
Miejsce w kategorii M35 9/54 (16,7%)

Fajnie w tym Nieporęcie czy nie?

Fajnie, bo blisko domu, fajnie, bo spotkałem ludzi (tęskno mi za klimatem i towarzystwem!), i fajnie, bo było uczciwe ściganie – nie zauważyłem draftu, brawo! Ale jednak ta trelinka na relatywnie długim odcinku roweru bardzo mocno psuje odczucia.

Duży niesmak pozostawia też kwestia płatnych parkingów. No kurde, zawody za kilkaset złotych i płatny parking, a alternatywą co najwyżej parkowanie w lesie, które jest bardzo, ale to bardzo niefajne? Halo, Labosport!, podpowiem Wam, jak robi się to na innych eventach. Sponsor, zamiast wkładać do pakietu startowego kisiel albo galaretkę (umówmy się, marna to atrakcja!), niech zapłaci za parking.

Nie ma za co, dychę wpłaćcie na NFL, TOPR i WOŚP :)

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułTen ze ściemami insta-sportowców
Krasus – biegacz, napieracz, triathlonista i pĄpkins pełną gębą. Jego filozofia uprawiania sportu łączy ciężką pracę i ciągłe dążenie do bycia lepszym z dobrą zabawą, bo przecież w życiu chodzi o to, by było fajnie. Zrobił swoje jeśli chodzi o uklepywanie asfaltu i teraz realizuje się w terenie. W lesie, z mapą czy w górach czuje się jak ryba w wodzie!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here