Trzeci w życiu start w Lesie Kabackim i… trzeci raz dziewiąte miejsce. Przypadek? Pewnie tak, ale ciekawy, bo lubię liczby ;).

Bardziej zwracam uwagę na czas, bo trasa się nie zmienia, więc te zawody to fajny wyznacznik tego, w jakim punkcie człowiek jest. I nie przejmuję się brakiem atestu. Trasa jest chyba ok. 200 metrów krótsza, ale wyznaczono ją w lesie, gdzie przecież biega się ociupinkę wolniej niż na asfalcie. Z obserwacji wielu znanych mi biegaczy czas tam odpowiada mniej więcej czasowi na asfaltowej dyszce. Wynik? 38:14 to mój najsłabszy rezultat, o minutę gorszy od tego nabieganego jesienią 2018 w ramach przygotowań do maratonu w Walencji.

Początkowe trzy kilometry pobiegłem dziś bardzo podobnie jak wtedy, w okolicy 3:50 min/km. To też tempo z niedawnego Triathlon Żnin (który mam nadzieję niedługo Wam opiszę, bo warto!). Uznałem, że na „suchej” dyszce powinienem je utrzymać. Zapomniałem tylko, że na bieg pojechałem praktycznie prosto z tygodniowych wakacji nad morzem, gdzie wprawdzie parę razy pobiegałem, ale – powiedzmy to sobie wprost – prowadziłem nie do końca sportowy tryb życia.

No i sił na 3:50 wystarczyło na trzy kilometry. Marnym pocieszeniem jest, że grupka, z którą biegłem zwolniła jeszcze bardziej i od tego czasu do samej mety biegłem sam, wyprzedzając jedynie dziewczyny, które startowały 10 minut wcześniej. Oj, było stękane i jęczane. Jak patrzę sobie teraz na wykres tętna, to ponad próg wszedłem po dwóch kilometrach i potem było już tylko trudniej.

Ale jak to, przyglądając się wykresowi tętna, stwierdził mój ulubiony analityk biegowy, Radziulek, „łeb mam jak koń”. Bieg na 10 kilometrów w samotności nie należy do moich ulubionych rozrywek, przy takiej intensywności samotna walka jest dla głowy ekstremalnym wyzwaniem.

Jak ktoś sobie przybliży, to zobaczy uśmiechniętą minę ;) / fot. Dagmara
Jak ktoś sobie przybliży, to zobaczy uśmiechniętą minę ;) / fot. Dagmara

Gdy zrozumiałem, że jestem sam, absolutnie odrzuciłem myśli o odpuszczeniu i po prostu parłem do przodu. Tempo skakało, nie byłem w stanie utrzymać równego na lekkich nawet podbiegach. W drugiej części trasy miałem jeden kilometr w 4:04 i jeden w 4:11, ale spadku tętna nie odnotowano, nie było odpuszczania.

Jeszcze na dwa kilometry przed metą widziałem z przodu pomarańczową koszulkę jednego z chłopaków, ale nie zbliżałem się nic a nic. Mnie za to gonił jeden taki w niebieskiej i jak docisnął w końcówce, to stracił tylko pięć sekund! Ostro stękając, wyprzedziłem na kilkaset metrów przed metą swoją Ukochaną Narzeczoną i nie odpuszczając do ostatnich kroków, dotarłem na metę dziewiąty w 38:14. Na mecie niespodzianka, przesympatyczny medal z uśmiechem! :)

Traktuję ten start bardziej jako otwarcie sezonu 2021 niż zakończenie 2020. Od początku listopada wracam do treningów pod skrzydłami Olgi z Trinergy, fajnie będzie rozpocząć je na sensownym poziomie, szczególnie że niezwykle łatwo tu wskazać miejsce do postępów – zrzut kilku kilogramów sadełka powinien zaprowadzić mnie w okolice czasów życiówkowych.

Dziś przed zawodami brałbym 38:14 w ciemno, bo zdaję sobie sprawę z tego, że nie wszystko w tym roku było takie jakbym chciał (he, he – mało co było…) i forma jest daleka od idealnej. Ale nadal potrafię powalczyć na dystansie i zmusić się do solidnego wysiłku. W tym roku bieg w Lesie Kabackim będzie jeszcze dwa razy i kto wie, czy się nie pojawię.

#smashingpĄpkinsforever (Michał robił chyba siku) / fot. Dagmara
#smashingpĄpkinsforever (Michał robił chyba siku ;)) / fot. Dagmara

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here