Dobre pół roku minęło od ostatniego wpisu na blogu. Nadal nie opisałem pudła w Triathlon Żnin (a przecież wiadomo, że podium na własnych śmieciach zawsze smakuje najlepiej!), nie opowiedziałem Wam, jak pięknie było na zimowych Gorcach i wielu innych fajnych rzeczy. I oto, zupełnie niespodziewanie i bez zapowiedzi, blog powraca dziś. Po deszczowo-wietrznym bieganiu w Parku Skaryszewskim. Przebiegłem tam już pewnie grubo ponad tysiąc kilometrów (co kalkuluje się na 500 lub więcej pętli), a jeden trening skłonił mnie do wydobycia bloga z czeluści internetu.

„Jak to się stało Krasusie?”, pewnie zapytacie.

Użyć dziś hasza #wpierdolzostałodebrany to jak powiedzieć, że MJ był dobrym koszykarzem.

Napisać, że wyszedłem poza strefę komfortu, to jak stwierdzić, że Mikołaj Kopernik (była kobietą!) cośtam wiedział o Układzie Słonecznym.

A uznać, że było mi dziś ciężko, to jak mówić, że minister Sasin sobie nie poradził z wyborami w 2020 roku (niezmiennie pamiętajcie, że za przepierdolenie 70 mln zł nie poniósł konsekwencji!).

Wspomniany Triathlon Żnin. Zacne to było ściganie
fot. Fabryka Kadrów

W pewnym momencie, gdy chce się robić postępy, to potrzeba takiego samego zaangażowania sił fizycznych i mentalnych. Jedne treningi są większym wyzwaniem dla nóg, a inne dla głowy.

Dzisiejsza zabawa biegowa, w formie drabinki coraz szybszych odcinków, na papierze nie wyglądała przerażająco. Tempa powinny być do utrzymania, i to z zapasem. Ale totalne wyplucie z mentalnych sił (mój powrót po urlopie wyglądał jak zderzenie czołowe Matiza z rozpędzonym pociągiem) sprawiło, że kosztował mnie piekielnie dużo.

Już po pierwszych szczebelkach drabinki wiedziałem, jak cholernie ciężka robota mnie czeka. Zawziąłem się jednak, by go zrobić jak trzeba, bez względu na koszt.

Bo to będzie taki trening, który schowam sobie w głowie na półce „do wyciągnięcia w chwilach poważnych kryzysów na zawodach”. W Walencji (wciąż można poczytać, o tutaj!) pokonałem maratońską ścianę, bo przywołałem sobie jeden trening maratoński, który wykonywałem w listopadowy wieczór na bulwarach nad Wisłą.

Dziś, dla mojej głowy, było podobnie. Było nieopisywalnie ciężko, a tylko jedno z powtórzeń (3-minutówka w drugiej serii) wyszło o kilka sekund za wolno.

Droga długa jest, nie wiadomo, gdzie ma kres
fot. Sławek Skrzeczyński, Highlights Pictures (podobnie jak zdjęcie główne)

Aha, kocham swoją żonę. Bardzo!

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułTen, w którym 2020 poniesie konsekwencje (nie to co pewien minister)
Krasus – biegacz, napieracz, triathlonista i pĄpkins pełną gębą. Jego filozofia uprawiania sportu łączy ciężką pracę i ciągłe dążenie do bycia lepszym z dobrą zabawą, bo przecież w życiu chodzi o to, by było fajnie. Zrobił swoje jeśli chodzi o uklepywanie asfaltu i teraz realizuje się w terenie. W lesie, z mapą czy w górach czuje się jak ryba w wodzie!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here