Nie da się ukryć, że ostatnie miesiące (a może i kwartały) nie były dla mnie dobrym okresem. Połączenie paru awarii na różnych płaszczyznach z solidnym nawrotem depresji nie dodawało mi ani sił, ani motywacji, ani chęci do czegokolwiek. Udało mi się jednak w głowie przepracować temat biegania i do wychodzenia na treningi się nie zmuszałem. Czasami po prostu pozwoliłem sobie na odpuszczenie, świat się nie zawalił (póki co).

Od grubo ponad roku nie startowałem nigdzie „na czas”, tak by się przygotowywać, mieć jakiś plan i tak dalej. O Cracovia Półmaratonie Królewskim pomyślałem na przełomie wiosny i lata, a gdy pojawiła się opcja pobiegnięcia w ramach OLX-Sport, przestałem myśleć i po prostu się zapisałem.

Było minęło

Doszedłem też do tego, że skończyłem się na serio porównywać z samym sobą sprzed lat i to chyba w tym wszystkim najważniejsze. Krasusa ‘23 stać było na 1:35 i do realizacji tego celu niewiele mu zabrakło – 1:35:48 to dla mnie dziś naprawdę przyzwoity wynik. Daje też realną szansę na to, że wiosną wrócę na poziom poniżej 1:30. A jeśli przy okazji pytacie o to, czy wrócę na tri-ścieżki, to oczywiście zobaczymy się podczas Żnin Triathlon (zapisy ruszają 10.10., polecam!), ale na dobre wyniki nie ma jeszcze co liczyć.

Cracovia (wiadomo, TYLKO PASY!!!) była jednym z niewielu biegów w moim życiu z muzyką w uszach. Dzień wcześniej wrzuciłem na FB publiczną playlistę, do której znajomi i nieznajomi dodawali mi utwory. Przeczyściłem ją trochę, zostało ponad 3h muzyki, a przed startem włączyłem kolejność losową, by Spotify robił mi niespodzianki i… poszły konie po betonie!

fot. Cracovia Półmaraton Królewski

Zacząłem dość spokojnie, czułem się dobrze, a Farben Lehre i inni sprawiali, że czas płynął dość przyjemnie. Gdy na ósmym kilometrze Baziulek zaśpiewał mi „Everybody” Backstreet Boysów, nie mogłem się nie uśmiechnąć! Listę przejrzałem kilka razy i wiedziałem który kawałek jest od kogo, dzięki temu miałem osobisty doping na calutkiej trasie. Z każdym kilometrem robiło się, o niespodzianko!, coraz ciężej. Około 15. kilometra, mimo Pidżamy Porno i Beastie Boys w słuchawkach, przestałem wierzyć w złamanie 1:35.

I’m back

I wtedy stało się absolutnie najważniejsze tego dnia. Zacząłem walkę o 1:36. A nie powiem, miałem ochotę potruchtać sobie do mety, albo w ogóle zejść z trasy. Bo po cholerę się tak męczyć!? Rozpoczęła się walka o cel numer dwa i to walka, która zakończyła się zwycięstwem. Z tętnem ponad 180 bpm, nieprzytomnym wzrokiem i podwiniętym lekko lewym nadgarstkiem poczułem się sobą. Nie tym szybko biegającym, ale tym sobą, który walczy. Który jedzie na zawody po to, by dać z siebie 110%, a nie zejść z trasy albo się poddać.

Z tych ostatnich kilometrów pamiętam nowy Kwiat Jabłoni („Od nowa”, jest polecajka), Rage Against The Machine i Guano Apes. Gdzieś po drodze minąłem się z Witem (trasa miała zawrotkę), ale poziom zmęczenia pozwolił mi tylko na wystawienie ręki do zbicia piątki i odgłos gdzieś spomiędzy „Arrrghh” i „Yyyr”.

fot. Cracovia Półmaraton Królewski

Próbowałem kalkulować, jak wyglądają moje szanse na wynik poniżej 1:36, ale flagi z kilometrami były porozstawiane dość losowo, więc po prostu biegłem jak tylko się dało. Zresztą moja głowa raczej nie nadawała się już na zadania z matmy.

Finito

Pod górkę i pod wiatr było trochę wolniej (acz trudniej), z górki odrobinę szybciej, byle do przodu. Byle się nie poddać, byle walczyć, byle do mety. To był taki stan, w którym człowiek za bardzo już nie myśli o niczym innym poza tym, żeby pilnować naprzemienności kroków. Raz lewa noga, raz prawa. Bo jak się naprzemienność kroków popierniczy, to już kaplica. Ach, i jeszcze oddychanie. Wdech-wydech. Kiedyś to popieprzyłem i było ciężko.

Ale nie tym razem. Na przedostatniej prostej usłyszałem w słuchawkach punk rockowy Blink–182, który z 21. kilometrem najszybszym na całej trasie, doniósł mnie do mety zlokalizowanej wewnątrz Tauron Areny.

Zabrakło 48 sekund do równego 1:35 i 36 sekund by pobiec wynik idealnie pomiędzy moim najwolniejszym (2011 r.) i najszybszym (2016 r.) półmaratonem. Z wczorajszego czasu jestem jednak bardzo zadowolony. Wyrwałem temu półmaratonu ile się dało, wycisnąłem z niego (a raczej z siebie) ostatnie krople i w poniedziałek ledwie chodzę, wszystko boli.

Teraz wystarczy solidnie przepracować zimę i wiosną mogę myśleć o kolejnych biegach, szybszych:) Najważniejsze jednak będzie ją przepracować nie tylko na stadionie i pagórkach wokół domu, ale (chyba przede wszystkim) w głowie i w kuchni.

Dzięki za ogromne wsparcie przy okazji tego startu, to naprawdę dużo dla mnie znaczy.

fot. DataSport

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here